Główna :  O nas :  Impressum :  Literatura  :  Dla autorów :  Archiwum :  Publikacje :  Kontakt :  turystykakulturowa.ORG

 

Data wydania 1 lipca 2012, redaktor prowadzący numeru: Izabela Wyszowska

Numer 7/2012 (lipiec 2012)

 

Recenzje

 


Oczami blondynki
„Blondynka w Brazylii” – Beata Pawlikowska
Wydawnictwo: National Geographic, Styczeń 2011
Seria: Dzienniki z podróży
ISBN: 978-83-7596-121-8 
Liczba stron: 96
Wymiary: 107 x 170 mm

Aleksandra Kopera

Oczami blondynki
„Blondynka w Brazylii” – Beata Pawlikowska

     Beata Pawlikowska to tłumaczka, fotografka, ilustratorka książek, dziennikarka, podróżniczka i pisarka w jednym. Jej kariera rozpoczęła się od pracy w koszalińskim radiu. Przełomowym momentem okazał się rok 1990, w którym rozpoczęła współpracę z Radiem ZET, i gdzie od kilku lat prowadzi własną audycję poświęconą podróżom pt. „Świat według Blondynki”. W ślad za tym poszło wypuszczenie na rynek serii książek pt. „Blondynka…” , w których opisuje swoje egzotyczne podróże. W jej książkach nie ma miejsca na europejską nudę, za to wypełnione są przedziwnymi historiami z odległych zakątków świata. Afrykę przejechała wzdłuż i wszerz, a Amerykę Południową może nazywać spokojnie swoim drugim domem. Kolejną serię „Dzienniki z podróży” Pawlikowska wydała w mega ekspresowym tempie. W samym roku 2010 wydała ich aż sześć, a w 2011 pojawiło się ich na rynku już cztery. Kolejne cztery zapowiedziane są na najbliższe miesiące. Lecz czy to tempo publikowania nie wpływa czasem negatywnie na jakość publikacji? 
     „Blondynka w Brazylii” to książka, a może raczej książeczka – bo wydana w formie kieszonkowej, o tematyce najbliższej autorce, czyli podróżniczej. Wzbogacona jest dość dużą liczbą miniaturowych fotografii, ozdobiona dodatkowo ilustracjami. Niektóre opisy codziennych zachowań Brazylijczyków mogłyby być dla czytelnika, który nigdy wcześniej nie spotkał się z tak odmienną kulturą, niezrozumiałe, lecz autorka wspaniale wszystko tłumaczy, pokazuje tę odmienną kulturę w sposób, jakby dla niej była ona czymś najnormalniejszym na świecie. Poznać to można nie tylko po jej ogromnej wiedzy o kraju, ale też i sposobie pisania, czasami mającym nutę lekkiej arogancji. 
     Książka została podzielona na siedem rozdziałów: „Bom dia”, „Rzeczne świnki, jabłka i pająki”, „Na księżycowej pustyni”, „Legendarna guarana”, „Fasola w asfalcie, czyli brazylijskie przysmaki”, „Wydma Zachodzącego Słońca”, „Capoeria i prawda o pająkach”. Najdłuższy rozdział ma 18 stron, zaś najkrótszy zaledwie 5. Nie ma więc wątpliwości, że jest to książeczka kieszonkowa. Jednym z jej mankamentów jest fakt, że pomimo tak małej liczby stron, połowa z tego to ilustracje! Trzeba przyznać, że nie są one zbytnio wyszukane, autorką tych ilustracji jest sama pani Beata. Styl rysowania, jakim autorka się posługuje, można określić jako dziecięcy. Rysunki przedstawiają praktycznie zawsze kobietę z długimi włosami. Sytuacje w jakich znajduje się owa kobieta są adekwatne do sytuacji, w jakich znajdowała się podróżniczka. Nasuwa się automatycznie myśl, że postać z rysunków to Beata Pawlikowska. Tak więc w książce zobaczymy Beatę i jej pierwszą brazylijską kawę, szybującą Beatę, pływającą Beatę, Beatę w lesie, jak i wiele, wiele innych Beat! Zapewne miało to być zabawne, lecz bardzo szybko stało się irytujące. Jak w tak małej książeczce, można zamieścić tyle niepotrzebnych, niczego niewnoszących rysunków? Dopełnieniem ilustracji jest zdanie opisujące daną sytuacje. Autorka nie wysiliła się i nie wymyśliła oryginalnego zdania, tylko posłużyła się funkcją „kopiuj-wklej” i skopiowała zdanie z tego, co aktualnie jest napisane na stronie obok. W jednej z pierwszych jej książek „Blondynce u szamana” owe ilustracje również się pojawiają, lecz jest ich o wiele mniej i wtedy rzeczywiście spełniają swoją funkcję rozbawienia czytelnika. 
     W pierwszym rozdziale „Bom dia”, co z portugalskiego oznacza „ Dzień dobry”, na wstępie dowiadujemy się, że autorka woli oblewać się potem, niż być w klimatyzowanym pomieszczeniu. Uważa, że klimatyzacja jest dla niej zaprzeczeniem wolności. Wspomina również swoją pierwszą brazylijską kawę. Chyba rzeczywiście było to dla niej niezłym przeżyciem, ponieważ opisała tę sytuację z niebywałą doskonałością, a przecież było to tak dawno temu (Pawlikowska pierwszy raz była w Brazylii 20 lat temu). Rozdział kończy się opowieścią o pięknej bogini morskiej wody nazwaną Yemanja. 
     Kolejny rozdział rozpoczyna się niczym czarodziejska opowieść, utartymi już słowami: „za siedmioma rzekami, za siedmioma górami..”, po czym następuje szybki opis królestwa – w tym wypadku jest to statek pływający po mętnej rzece, po nim kilka opisów fauny i flory, i na koniec wspomniany jest książę: tym razem przypadł ten zaszczyt pewnemu Anglikowi, niedoświadczonemu w wyprawach, w skarpetkach antypoślizgowych. W środku rozdziału możemy nacieszyć swój wzrok interesującymi zdjęciami – z lekkim zdziwieniem stwierdziłam, że tylko na nielicznych jest pani Beata. Pomysł z pewnością udany i godny pochwały, lecz nasuwa się pytanie: dlaczego fotografie pojawiają się akurat w środku rozdziału? Sądzę, że lepszym wyjściem byłoby umieszczenie ich na końcu rozdziału, żeby to czytelnik mógł bez rozpraszania przeczytać tych kilka kartek. We wspomnianym rozdziale Autorka podejmuje dość istotny temat, a mianowicie zastanawia się dlaczego polscy naukowcy tak bardzo lubią komplikować sobie (albo raczej całej reszcie ludzkości) życie, nadając pewnym egzotycznym roślinom takie wymyślne nazwy, jak np. „słynnemu owocowi zwanemu z angielska mangostan nadali nazwę żółciecz smakowita” . 
     W rozdziale trzecim, zatytułowanym „Na księżycowej pustyni”, znajdziemy opis nietypowej Brazylii. Brazylia ta jest spokojna i dzika jednocześnie. Pokryta oślepiającym piaskiem, który ciągnie się w nieskończoność, niczym na afrykańskiej Saharze. Porównanie Brazylii do Sahary wydaje się co najmniej dziwne, lecz nie z powodu tego dziwnego porównania autorka nazwała pustynię „księżycową”. Uczyniła tak dlatego, bo jak twierdzi było tam jak na księżycu. Pomysłowe, jednak dalszy opis obejmuje biel piesku, błękit nieba, ślady opon jeepa i kilku turystów – rzeczywiście: „wypisz, wymaluj” Księżyc! W dalszej części rozdziału daje nam znać o sobie szalona natura Pawlikowskiej. Wsiada ona do jednego z jeepów i pędzi wraz z grupką turystów przez pustynię. Cały czas komentuje ich zachowanie. Tym razem oberwało im się za telefony komórkowe. Już niejednokrotnie wcześniej dało się odczuć wrogie nastawienie pani Beaty do turystów. Czasem mam wrażenie, że autorka trochę nie pasuje do tej epoki. Przeszkadza jej klimatyzacja, telefony, albo może chce się bardziej wczuć w ten dziki klimat, a niesforni turyści tylko przeszkadzają jej w tym tą całą swoją nowoczesnością. Ona jako jedyna odważyła się wziąć deskę i razem z Brazylijczykami surfować po pustynnych piaskach. W tym czasie, jak twierdzi, cała reszta turystów popijała drinki, była niezadowolona i w ogóle nie w głowie były im takie wygłupy.
     „Legendarna guarana” owiana jest wspaniałą legendą, którą poznajemy zaraz na wstępie kolejnego rozdziału. Pawlikowska nie tylko pisze ciekawie o jej historii, ale także o jej leczniczych właściwościach. Koktajle z guarany wydają się prawdziwym błogosławieństwem dla żyjących w ciągłym pośpiechu Europejczyków. Do kuchni brazylijskiej nawiązuje również rozdział następny. Opisy tradycyjnych dań są na tyle dokładne, że bez trudu można wyobrazić sobie jak wyglądają. Kolejna za to grupa fotografii wydaje się ciekawym uzupełnieniem. Zdjęcia pomimo tego, że w małym formacie, w ciekawy sposób przedstawią kolorową Brazylię. 
     W rozdziale „Wydma Zachodzącego Słońca” poznajemy kolejne dzikie miejsce. Jednak tym razem całokształt tego miejsca odpowiada w stu procentach krajobrazowi Brazylii: plaża, słońce i woda. Miejsce, o którym mowa – Jericoacoara, wydaje się magiczne. Opisy oddają spokój towarzyszący tej wiosce rybackiej. Nie ma tam miejsca na jeepowe szaleństwa. Nie ma też miejsca dla turystów. Nie ma tam ogromnych hoteli, nie ma szosy, nie ma betonu. Można powiedzieć, że jest to miejsce idealne dla autorki. Nic więc dziwnego, że Autorka czuje się tam tak błogo. 
     Plaża w Jericoacoara okazała się jednak nie być do końca taką spokojną dla Beaty Pawlikowskiej. Z kolejnego rozdziału dowiadujemy się bowiem, że można tam usłyszeć nie tylko szum fal, ale i rytm wystukiwany na bębnach i grzechotkach, a do tego wszystkiego uzupełnieniem są muskularni Brazylijczycy tańczący Capoeirą. 
Trzeba przyznać, że książka jest lekka i przyjemnie się ją czyta. Pisana jest może niezbyt wyszukanym językiem, ale nietypowe porównania to wynagradzają, a złote myśli autorki skłaniają do refleksji. Z powodu swojej objętości książka z pewnością nie nadaje się na długie wieczory, tylko raczej na urozmaicenie krótkiej podróży pociągiem, czy autobusem. Tej książki na pewno nie można traktować jako przewodnika po Brazylii, za to może ona zainicjować impuls, który wywoła u nas chęć podróżowania i odkrywania. 

Bibliografia: http://www.beatapawlikowska.com 
 

 

Nasi Partnerzy

 

Copyright ©  Turystyka Kulturowa 2008-2018


Ta strona internetowa używa pliki cookies w celu dostosowania serwisu do potrzeb użytkowników i w celach statystycznych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Brak zmiany tych ustawień oznacza akceptację dla cookies stosowanych przez nasz serwis.
Zamknij