Główna :  O nas :  Impressum :  Literatura  :  Dla autorów :  Archiwum :  Publikacje :  Kontakt :  turystykakulturowa.ORG

 

Data wydania 29 maja 2011, redaktor prowadzący numeru: Paulina Ratkowska

Numer 6/2011 (czerwiec 2011)

 

Itinerarium

 
 
 

Michał Jarnecki

Magiczne południe Indii i malediwskie intermezzo. 
cz. I.


 
Niewątpliwie należałoby wyjaśnić, czym w oczach piszącego jest tytułowe południe Indii. Wiem, iż to subiektywna ocena, ale dla mnie jest to „wszystko” co rozciąga się od Bombaju (Mumbaju) w dół.
Do rangi banału urasta mało oryginalne stwierdzenie, iż Indie są wielkim krajem o bardzo długiej przeszłości i stosownym do tego dorobku. Z prawdy tej wynika, że należy je połykać, a potem przetrawiać wrażenia kęsami. Indie wymagają czasu i są pewnego rodzaju wyzwaniem logistycznym. Wbrew stereotypom, przemieszczanie się nie jest tutaj specjalnie trudne, transport publiczny jest w miarę sprawny, opcji występuje wiele, ale wymaga to jednak czasu i pomysłu. Mamy przecież do czynienia nie tylko z przestrzenią, ale bogactwem i różnorodnością… Wybór więc nie będzie prosty.
Proponuję wyprawę, a może kilka, rozpocząć w Bombaju, czy jak wolą gospodarze Mumbaju, aby odciąć się od kolonialnego dziedzictwa. Stolica stanu Maharasztra (jednego z 26), stanowi doskonały węzeł komunikacyjny, posiada nawet połączenia lotnicze z całym niemal światem, a tym bardziej w obrębie samych Indii, poza głębokim wschodem czy północą.

Maharasztra
Stolicą stanu, jest megamiasto, czyli mający powyżej 18 milionów mieszkańców Bombaj. Będąc tam nie można ominąć brytyjskiego z ducha i treści, starego centrum administracyjnego w dzielnicy Colaba. Budynki uniwersytetu, ratusza, sądu, muzeum, poczty czy przede wszystkim dworca Victorii czyli Chatrapatti Chivaji, swoim rozmachem, neogotycką ornamentyką pomieszaną niekiedy z lokalnym mogolskim1 przepychem, zapierają dech w piersiach.

Victoria Terminus został nawet wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tam też rozgrywa się kilka scen Slumsdog Milioner, w tym wzruszająca finałowa. Film nagodzony deszczem Oscarów opowiada o czymś dla wszystkich ważnym – potrzebie miłości i jej poszukiwania w życiu.

W tej samej dzielnicy, przy nabrzeżu, obok sławnego hotelu Taj, pamiętnego z zamachów terrorystycznych z 26.11.2008 roku, znajduje się jedna z ikon Indii, tzw. Gate of India. Ów wielki obiekt w kształcie łuku triumfalnego, uświetniał przyjazdy monarchów brytyjskich oraz rozpoczynających urzędowanie wicekrólów, posiada silne mogolskie inspiracje.
Wśród mnóstwa świątyń hinduistycznych w tym megamieście, spodobała mi się najbardziej wykonana z białego marmuru Babulnath Mandir. Tętni ona życiem, gromadzi rzesze autentycznie rozmodlonych pielgrzymów, czczących Siwę pod postacią ukwieconego lingama, czyli symbolu płodności (mhm… w kształcie członka…). To nie żaden skansen czy muzeum. Nieopodal jest dom-muzeum, Mani Bhavan, w którym zatrzymywał się bywając w Bombaju wielki Mahatma Gandhi. Warto rzucić okiem na sławny bulwar i plażę Chowapti, na której nie polecałbym jednak plażowania czy kąpieli, ponieważ przypomina śmietnik pomieszany z kloaką. W weekendy wylegają tutaj miliony mieszkańców.
Zainteresowani mogą zapisać się na wycieczkę do bolywoodzkich studiów filmowych, ale to drogawa impreza, circa 70 $ na głowę. Doświadczeni i zdecydowani na warunki ekstremalne podróżnicy, mogą wpaść też do znanej z filmu Slumsdog, dzielnicy nędzy Dheravi i gigantyczną pralnię Malaxami, gdzie dorabiają sobie nędzarze.
Maharasztra ma mniej więcej wielkość Polski. Wnętrze kryje wiele atrakcji i niespodzianek. Tutejszą listę top twenty otwiera kompleks wykutych w skale buddyjskich, hinduskich czy jinijskich (synkretyczna religia nosząca w sobie cechy obu poprzednich), świątyń i klasztorów, w Ellorze. Stało się to pomiędzy III a VIII wiekiem naszej ery. Największe wrażenie czyni monumentalna hinduistyczna świątynia Kailasha. Imponują też niektóre kilkupoziomowe buddyjskie, czy to o charakterze klasztoru, tzw. wihary, czy chitayi, czyli wykutej w skale hali, którą można od biedy porównać z kościołem, np. Vishvakarma Cave. Z jinijjskich uwagę przykuwają z kolei też dwupoziomowe zazwyczaj obiekty sakralne z grupy Sabha.

Kailasha przyozdobiona jest bogatą ornamentyką rzeźbiarską, w jej wnętrzu i bokach znajdujemy wiele NIEZWYKLE frywolnych scen. Zresztą rzut oka poniżej pozwoli wam wyrobić sobie zdanie.

Z kolei odległa o ponad 120 kilometrów Ajanta poszczycić się może wspaniałymi freskami z podobnego okresu. Wart uwagi jest też fort Dulatabad i miasto Aurangabad. W tym ostatnim znaleźć można coś w rodzaju repliki grobowca Taj Mahal z Agry. Ostatni z naprawdę wielkich mogolskich cesarzy, Aurangzeb wzniósł go dla swojej Rabbi, gdy nagle owdowiał.

Kranataka
…mniejsza jest o prawie połowę od Maharasztry i zaskakuje kontrastami. Z jednej strony mamy tutaj Bangalore, nowoczesną twarz Indii, serce hinduskiej informatyki, miasto w którym wyczuwa się potęgę pieniądza, a drugiej niemało zabytków przeszłości. Weźmy choćby uznane przez wielu za charyzmatyczne Mysore, gdzie obok pałacu maharadży, intrygujący jest też bazar z dominującym zapachem drzewa sandałowego i belami jedwabiu. W Karantace też znajdziemy wykuty w skale zespół świątyń w Badami, ustępujący jednak Ellorze. Inne ciekawe hinduskie obiekty sakralne spotykamy w Belur i Halebie. Kto ma dosyć zwiedzania, może wyskoczyć na plażę w Gokarmie.

Mieszkańcy Bangalore chełpią się, iż w ich mieście więcej jest bankomatów niż żebraków… Niewątpliwie, jest tych drugich mniej niż w innych znanych mi rejonach Indii.

Goa
…zajmuje wyjątkowe miejsce na mapie Indii, a to w kraju licznych osobliwości i dziwactw, coś znaczy. Kolonializm niejedno ma imię. Ten niewielki w sumie kawałek subkontynentu (ok.3000 km²), należał przez 450 lat do Portugalii i ten fragment historii pozostawił po sobie widoczne piętno. Po pierwsze to chrześcijańska, a dokładnie katolicka enklawa na ternie Indii. Momentami czujemy się w jak tropikalnym Krakowie, co trochę spotykając kościoły i kaplice. Po wtóre mieszkańcy noszą w większości portugalskie nazwiska. Stąd wywodzi się m.in. Freida Pinto, jedna z gwiazd Slumsdoga. Po trzecie, lokalna architektura ma niepowtarzalny czar i przypomina nie tylko dawną metropolię, ale kto wie czy nie bardziej Brazylię i Makao, stanowiąc kolonialną wersję portugalskiego odpowiednika.
W starym Goa znajduje się grupa pięknych barokowych kościołów wpisanych na listę UNESCO. Niektórze z ambon i misternych ołtarzy są klasą samą dla siebie. W kościele patrona Goa, Franciszka Xaviera, w szklanej trumnie wystawione są zwłoki, de facto mumia świętego męża, jezuity, zmarłego w 1562 r. Należy stwierdzić, że są świetnie zakonserwowane.
W stolicy małego stanu, Panjim, warto po prostu powłóczyć się i chłonąć atmosferę upadłego portugalskiego imperium. Natkniemy się na typowe błękitne kafelki, zwane azulejos – w bibliotece, przyjrzymy się dawnemu pałacowi i oczywiście wejdziemy po schodach do kościoła Niepokalanego Poczęcia, podobnego do imponującej świątyni w Bradze, na północ od Lizbony. Możemy tez wpaść do Chandor, gdzie jest najlepiej zachowana osiemnastowieczna rezydencja kolonialna, a la hacjenda, rodziny Mendnez-Fereira. Właścicielką jest elegancka starsza dama, prawdziwa indoportugalska arystokratka, która oprowadza za skromną subwencją co pozwala lepiej wchłonąć kolonialny czar starego Goa. Zmęczeni kąpiemy się na najładniejszej z tutejszych plaż, Palolem. Notabene tutejsze plaże są sławne i uchodzą za jedna z najlepszych, ale ja od siebie dodam – jak na skalę Indii. To nie Karaiby, Seszele czy nieodległe Malediwy.

Kerala
Nie brakuje opinii, że ów stan jest swego rodzaju syntezą tego co najlepsze w Indiach. Miasta Cochin i Calikat (Kalikat) były pierwszymi na subkontynencie, dokąd przybyli Europejczycy, najpierw Portugalczycy, a po nich Holendrzy. W Kalikacie wylądował w 1498 roku Vasco da Gama, w Cochin po kilkunastu latach zmarł i został pochowany. Obecnie grób jego jest pusty, ponieważ prochy wielkiego żeglarza wróciły do ojczyzny i spoczywają w klasztorze hieronimitów w Belem, na obrzeżach Lizbony. Może to nie jest Goa, ale oba posiadają kolonialny koloryt, zwłaszcza Cochin. Jego stara część przypomina nieco osiemnastowieczne niderlandzkie miasteczka i byłe holenderskie kolonie. Rodacy Leo Benhakera wygnali stąd Portugalczyków, a potem po Holendrach przyszli Anglicy.
Oprócz uroczych kolonialnych budynków, czy nawet niderlandzkiego cmentarza, warto przyjrzeć się specjalnym, na wzór chiński konstrukcjom, służącym do połowu ryb – połączeniu sieci z elementami prymitywnego dźwigu (balans zapewniają głazy) oraz bazarowi z przyprawami. Zapach ich unosi się na sporej przestrzeni i wierzcie mi – to jest zapach prawdziwych, nie tylko mistycznych Indii. Za bazarem mamy jeszcze jeden unikat, godzien zobaczenia. W wielkim ośrodku międzynarodowego handlu, jakim był niegdyś Cochin, nie mogło zabraknąć potomków Abrahama. Jest nim mała dzielnica żydowska z synagogą, wyłożoną niebieskimi kafelkami.

Na indyjskiej liście top twenty miejscowych atrakcji swoje zasłużone miejsce zajmują kanały Kerali, plątanina, czasem labirynt rozlewisk rzek wpadających do Oceanu Indyjskiego. Po skomplikowanej siatce wodnych szlaków pływają oprócz lokalnej społeczności, łodzie z turystami obserwującymi toczące się spokojne, wiejskie życie, malownicze wschody i zachody słońca, pola ryżowe i dzikie ptactwo. Kerala Backwaters, jak powiadają, nie omijaj (don’t miss it), bo to co zobaczyć możesz, zwyczajnie powala…

Można też wpaść do jednego z parków narodowych, przykładowo Periyar na zboczach gór Ghats, aby przyjrzeć się reliktom lasu deszczowego, zwierzakom (m.in. słoniom). Jadąc tam, mijałem malownicze herbaciane pola, rosnące na stokach Ghatów. Lokalne pejzaże są też pewnego rodzaju ikoną Indii.
MALEDIWSKI WYSKOK

Ze stolicy Kerali, Thrivandrum, można za niewielkie pieniądze, rzędu 120 $ (w każdym razie było tak w 2008 roku) dotrzeć do raczej już nie budżetowego państwa, jakim są Malediwy, zagrożone zniknięciem, o ile spełnią się najczarniejsze scenariusze globalnego ocieplenia. Wyspy są płaskie jak stół, najwyżej kilka metrów powyżej poziomu morza, stąd realna groźba wykreślenia ich z mapy…

Powiedzmy sobie szczerze… Jest tutaj strasznie drogo, ale standard usług wysoki, odpowiedni do cen. Na osobę w podstawowym standardzie tzw. half bard (nocleg + śniadanie i kolacja), rzadko spada poniżej 125-140 $. Gospodarze nastawili się na klientów z zasobnym portfelem.

Przylatując do Male, zazwyczaj ucieka się stąd, jak najszybciej motorówką lub taksówka powietrzną, do któregoś z mniej więcej 80 resortów, rozłożonych na atolach, często odległych od stolicy. W niej na niewielkiej przestrzeni mieszka prawie połowa populacji wyspiarskiego państwa – Malediwy liczą sobie ok. 270 tys. mieszkańców! Jednak w tym zatłoczonym mieście, o wąskich uliczkach, gdzie odległości nie przekraczają 2,5 kilometra i do którego dostać się można z lotniska łódką (leży na osobnej wyspie), warto zajrzeć. Wiele nowoczesnych gmachów jest niebanalnych jeśli chodzi o rozwiązania. Oko przyciąga spora siedziba islamskiego centrum z autentycznie pozłacaną kopułą. Gustowna jest też rezydencja prezydenta, niewielka, właściwie odpowiednia do rozmiarów państwa. Znajdziemy również autentyczny zabytek, meczet z drugiej połowy XV w., pokryty blachą, kandydujący na listę UNESCO.
Malediwy znane są jednak przede wszystkim z pięknych, czystych plaż i cudownych, raf koralowych, które są domem tysięcy morskich stworzeń, niejednokrotnie bajecznie kolorowych. Mnie zachwyciły zwłaszcza niebieskie rybki z żółtą obwódką, zwane chirurgiem. Śliczne były też żółtawe z długim ryjkiem… Pojawiły się manty, rekin, mureny, a nawet delfinek. Manty często przypływają w porze kolacji na karmienie, czyli to wcale nie są bezmyślne stworzenia…
Nad brzegiem oceanu na mojej wysepce Eiladhoo pochylają się kokosowe palmy i powiewa bryza. Tak, jest ślicznie, ale… nic poza tym. Poza stolicą, państwo stanowi niemal kulturową pustynię. Kto nie pływa, czy nie nurkuje, albo się opala, idzie do spa, śpi w luksusowych bungalowach, bądź pije drinki w jednym z kilku barów. Alternatyw innych brakuje…

Tamil Nadu
Pozostał nam na południowoindyjskim szlaku stan Tamil Nadu. Większość mieszkańców stanowią ciemnoskórzy Tamilowie, których spora diaspora żyje na Sri Lance i domaga się co najmniej szerokiej autonomii od rządu w Kolombo. Stolicą jest Madras, nazywany w ramach odchodzenia od dziedzictwa kolonialnej przeszłości, Chenai. Niedaleko wielomilionowego miasta znajduje się imponująca hinduistyczna świątynia Mahapalipuram. Smaczkiem stanu jest niewątpliwie kawałek kolonialnej Francji, czyli Pondicherrry, na północ od Madrasu. Czar i klimat miasta potęguje szansa testowania dań francuskiej, a może bardziej kreolskiej kuchni.
W głębi stanu liczącego ok. 200 tys. km² leży Madurai, kolejny wielosetletni hinduistyczny obiekt sakralny, w którym zwykle kłębi się tłum pielgrzymów. Na granicy z Keralą ciągną się malownicze góry Western (zachodnie) Ghats, z szansą zobaczenia słoni, a w przypadku wyjątkowych szczęśliwców, nawet tygrysa. Może to być rozsądny odskok od przeludnionego kraju, zatłoczonych miast i smogu. Indie są różne, czasem i męczące, ale mimo wszystko fascynujące i chyba jeszcze tam powrócę…


1Pomiędzy rokiem 1526 a 1858 panowała w Indiach dynastia mogolska, wywodząca się z obecnego Afganistanu. Apogeum to końcówka XVI i XVII wiek. To wówczas powstały takie monumentalne arcydzieła z misternym zdobnictwem, jak np. Taj (Tadż) Mahal.
 

 

Nasi Partnerzy

 

Copyright ©  Turystyka Kulturowa 2008-2018


Ta strona internetowa używa pliki cookies w celu dostosowania serwisu do potrzeb użytkowników i w celach statystycznych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Brak zmiany tych ustawień oznacza akceptację dla cookies stosowanych przez nasz serwis.
Zamknij