Główna :  O nas :  Impressum :  Literatura  :  Dla autorów :  Archiwum :  Publikacje :  Kontakt :  turystykakulturowa.ORG

 

Data wydania 29 października 2010, redaktor prowadzący numeru: Izabela Wyszowska

Numer 11/2010 (listopad 2010)

 

Itinerarium

 
 


Karaibska przygoda czyli skok z wyspy na wyspę.
Michał Jarnecki

Wielu z nas marzy o wypoczynku nad wiecznie ciepłym morzem, na czystej plaży z miękkim jak aksamit piaskiem, pod palmami (najlepiej z wiszącymi orzechami kokosowymi) oraz połyskującym nad głową słońcem. Jedną z takich destynacji, która uchodzi słusznie lub niesłusznie za pierwowzór raju na ziemi, są Antyle, popularnie zwane tez Karaibami. Na pewno istnieje tam wiele możliwości spędzenia kilku tygodni podczas tak licznych u nas chłodnych dni. Świetną bazą wypadową na grupę Małych Antyli jest Londyn, ponieważ tam najlepiej kupuje się bilety lotnicze w te właśnie strony, zazwyczaj nie mające nic wspólnego z budżetową turystyką…trzymając w ręku bilet, a właściwie jego potwierdzenie (elektronik !) British Airways wybrałem się na grupę wysp z gromady Małych Antyli. Latem, gdy panuje tam pora deszczowa i zaczynają się huragany, ceny lekko spadają i wyspy stają się bardziej znośne pod kątem cenowym, choć nie łudźmy się, że będzie to taniocha…. Najwyżej nie wydamy powyżej 3000 dolarów w ciągu 3 tygodni na niezbędną akomodację i poruszanie się po wyspach.

Antigua i Barbuda
Trzy razy w tygodniu „Brytyjczyk” ląduje na Antigui. Też w ten sposób pewnego popołudnia zjawiłem się na wyspie. Jak na standardy Małych Antyli, to nawet nie jest ona aż taka malutka, liczy sobie bowiem 442 km², a zamieszkuje ją około 80 tys. ludzi. Stolica nosi nazwę Saint John i ulokowana została w zatoce zachodniej części wyspiarskiego kraju. Antigua i Barbuda, jak większość karaibskich państewek za najważniejsze atrakcje uważają swoje liczne, długie i czyste plaże. Zgoda, nie brakuje ich na głównej z wysp – Antigui, jak też na Barbudzie oraz maleńkich skalistych kawałkach lądu wokół dwóch najważniejszych, ale nie tylko nimi kraj stoi. Nie sposób, będąc na Antigui, nie odwiedzić tzw. English Harbour, osiemnastowiecznej bazy brytyjskiej floty w tym rejonie świata. Zachowały się nieźle budynki koszar, forty strzegące wejścia do zatoki, na tzw. Shirley Heights oraz resztki dawnej stoczni, zwanej od kwaterującego tutaj sławnego admirała, Nelson’s Dockyard. Jak na większości Antyli, pozbawionych długiej przeszłości, ruinami najczęściej są, jak pisał Homer Karaibów, Derek Walcott, pozostałości dawnych cukrowni (największa to Betty Hope), w tym także i młynów na kształt wiatraków, mielących trzcinę na melasę, z której po osuszeniu powstawał tak poszukiwany surowiec. W ruinach budowli ukryte zostały niejedne ludzkie dramaty, łzy, pot i krew. Powinniśmy pamiętać, że prosperity tzw. Brytyjskich Indii Zachodnich jak i innych tutaj położonych kolonii wyrosło na niewolnictwie, które też zmieniło strukturę etniczną wysp.

Na wschodzie wyspy zachowało się kilka starych kolonialnych rezydencji, przekształconych na hotele i eleganckie restauracje, jak np. Harmony Hall. Niedaleko stąd, bardziej na północ warta zobaczenia jest niesamowita formacja skalna, zwana Devil’s Bridge, tworząca wskutek erozji coś na kształt naturalnego mostu.


Niewiele zachowało się pierwotnej roślinności. Dżungla została niemal całkowicie wycięta, ale jej niewielka ostoja zachowała się w południowo-zachodniej części wyspy, wzdłuż tzw. Fig Tree Drive. Stolica jest raczej przeciętnym miastem, licznymi w typowo karaibskim stylu, pastelowymi domkami. Ładne jest nabrzeże i przystań wycieczkowców (cruiserów) oraz imponuje rozmiarami w tym niewielkim przecież kraju, katedra z XIX wieku.
Druga z wysp, Barbuda ma do zaoferowania długie, bezludne niemal plaże oraz rezerwat morskiego ptactwa, w tym także miejsca gniazdowe fregat. I to byłoby wszystko. Czas więc było pojechać na kolejną wyspę…

St. Kitts & Nevis
Czterdziestokilkuosobowy samolocik LIAT-u, najlepszego lokalnego przewoźnika, wylądował wczesnym rankiem na najmniejszym z karaibskich państewek, liczącym sobie 269 km² i składającym się z dwóch wysp, oficjalnie stanowiąc ich federację. Lotnisko powstało na terenie wyspy Saint Kitts, gdzie jest stosunkowo płasko. Niewielki kraj jest górzysty i to niebagatelna wprost kwestia znaleźć jakieś 1,5 czy 2 kilometry w miarę równej powierzchni, aby zbudować tam okno na świat. W niewielkim stołecznym Basseterre na uwagę zasługuje plac z miniaturą londyńskiego Big Bena, otoczony kolonialnymi budynkami i również stylowo zabudowany Waterfront ze sklepami wolnocłowymi, barami i restauracjami, które wypełniają się głównie po zakotwiczeniu statków wycieczkowych.
Środek nieco większej Saint Kitts zajmuje wulkanicznego pochodzenia szczyt Liamuiga, sięgający 1000 metrów, a jego krawędzie porasta mocno przerzedzona dżungla. Perłę zwłaszcza obronnej architektury, która trafiła na listę światowego dziedzictwa UNESCO, stanowi imponujący rozmachem fort Brimstone, najpoważniejsza twierdza w Brytyjskich Indiach Zachodnich XVIII wieku. Wzniesiony na kilkusetmetrowej skale dominuje nad wyspą. Kontrolował swego czasu szlaki wodne prowadzące przez Antyle, wytrzymując niejedne francuskie oblężenie.
Na wyspie wznosi się też kilka pięknych i eleganckich kolonialnych rezydencji, tradycyjnie przerobionych na luksusowe hotele, jak Rawlin’s Plantation z pozostałościami cukrowni oraz Ottley Plantation. Pięknym i nastrojowym miejscem jest też Romney Manor, dawna posiadłość rodziny Hamiltonów, której syn, Aleksander stał się jednym z ojców niepodległości USA. Obecnie znajduje się tam wytwórnia i sklep z batikiem, a o dawnej świetności przypominają ruiny cukrowego młyna. Na wschodniej części wyspy warto rzucić okiem na ciekawy, dramatycznie postrzępiony zespół klifowych skał, zwanych Black Rock’s. Na południu St. Kitts jest kilka plaż, szczerze mówiąc nie nadzwyczajnych, ale co ważne z tradycyjnie ciepłą wodą, palmami i widokiem na siostrzaną wyspę St. Nevis. Spotkać tam można sporo małpek, które niegdyś przywiezione jako pupile i żywe zabawki, uciekły i rozmnożyły się, czasami będąc utrapieniem dla farmerów.

Nieodległa St. Nevis, jest nieco mniejsza, ale chyba dysponuje ładniejszymi plażami, z Pinney na czele. Środek wyspy zajmuje, jak i na sąsiadce wygasły wulkan, od którego kawałek lądu wziął nazwę. Na wyspie znalazł niegdyś swoje szczęście młody Horatio Nelson, który poślubił dziewczynę stąd właśnie, nazwiskiem Fanny Nisbett. Niestety po latach owdowiał i znalazł ukojenie w ramionach, sławnej damy brytyjskiego Oświecenia, lady Hamilton.


Saint Martin/Sant Marteen
Ciekawa to wyspa, która choć niewielka – poniżej 100 km², w połowie należy do Francji i Holandii, co stanowi reminiscencje kolonialnych czasów i kompromisów zawieranych jeszcze w XVII stuleciu. Przed południem wylądowałem tam (już tradycyjnie LIAT-em), po holenderskiej, południowej stronie. Tam znajduje się większe z dwóch lotnisk wyspy im. księżniczki Juliany. Ktoś powie, cóż, gdzieś trzeba wylądować i wysiąść, ale akurat to lotnisko do banalnych i najzwyklejszych nie należy. Ze względu na małą powierzchnię, otaczające lotnisko budynki i góry, pas nie należy do najdłuższych i samoloty zniżają się do lądowania, już nad morzem, schodząc dosłownie nad głowami ludzi (od 3 do 5 metrów) kąpiących bądź opalających się na plaży Maho. Robi to wrażenie, jak siedzimy w wodzie czy na piasku i nad głową mamy wielkiego boeinga czy airbusa.
Plaża Maho nie stanowi jedynej atrakcji podzielonej wyspy. Plaż zresztą nie brakuje w obu częściach. Za najładniejszą i najsławniejszą uchodzi Orient Beach po francuskiej stronie. Jej południowy segment zarezerwowali nudyści. We francuskiej części, od zachodniej strony, ładne są także plaże koło Grand Ase (tzw. Petit Plage) i Sandy Ground (Baie Nettle). Na południu, że tak powiem, „w Holandii”, czysta i zachęcająca do kąpieli jest plaża w stołecznym Philipsburgu oraz położona bardziej na uboczu, trudniej dostępna – pomiędzy skalami – Cupecoy Beach. Ją też upodobali sobie naturyści, zapewne ze względu na mniejszą frekwencję i problemy z dotarciem. Jednak nie tylko plażami wyspa stoi…
Najwięcej pamiątek burzliwej przeszłości zachowało się w południowej, holenderskiej części. Grupa ciekawych, kolonialnych gmachów zachowała się w Philipsburgu, a wejścia do portu strzegą ruiny Fortu Amsterdam. Rolę stolicy po francuskiej stronie pełni nie pozbawiona pewnego uroku, miejscowość Marigot. Tam również stoi kilkadziesiąt ponad wiekowych kolonialnych budynków, a na skale wznosi się nieźle zachowany, malowniczy XVII wieczny Fort Louis. Warto się nań wspiąć, aby podziwiać panoramę zachodniej części wyspy.
Czy coś jeszcze? No choćby farma motyli (w pobliżu Orient Beach), wypełniona kolorowymi, pięknymi owadami, szkoda tylko za 11 euro oraz….zespół kasyn znajdujących się po holenderskiej stronie, o ile w ogóle dla kogoś stanowi to atrakcję.

Anguilla
Ta niewielka bo licząca 91 km², brytyjska wyspa, śmiem twierdzić, posiada chyba najpiękniejsze, z nawiedzonych podczas tej podróży, plaże. Niestety należy też do najdroższych, ale warto wydać kilka groszy i choćby na jeden dzień wyskoczyć tutaj z St. Martin (płynie się 20-30 minut w jedna stronę). Na wyspie przeważają luksusowe hotele, ale i znajdziemy kilka guesthousów. Wspomniane plaże to Shoah Bay East (publiczna) oraz Julca i Frangipani, zabudowane hotelami. W miasteczku Sandy Ground zlokalizowana jest destylarnia znakomitego rumu Pirat – oczywiście z możliwością degustacji. Rolę stolicy pełni miasteczko Valley, powiedzmy szczerze bez większego wyrazu, zachowanym jednym XVIII-wiecznym budynkiem, wzniesionym jeszcze przez niewolników, których potomkowie zamieszkują wyspę i de facto nią zarządzają.
Zwiedzanie wyspy – 3 godziny to gdzieś około 100-120 $, ale warto….

Puerto Rico (Portoryko)
Niejasny, choć ciekawy jest oficjalny status polityczny wyspy, będącej przez ponad 400 lat hiszpańską kolonią (1493-1898). Warunkiem dostania się do Puerto Rico jest posiadanie wizy Stanów Zjednoczonych, z którymi to wolne państwo zostało przed laty stowarzyszone. Trzykrotne plebiscyty rozstrzygające czy kraj ma stać się kolejnym, 51 stanem USA, zakończyły się porażką. Mieszkańcy wybrali stan obecny, ale zarazem mogą swobodnie poruszać się i pracować w Stanach Zjednoczonych. Od roku 1917 posiadają obywatelstwo amerykańskie. Pierwszym językiem urzędowym pozostaje hiszpański. Jesteśmy więc i nie jesteśmy zarazem na terytorium naszego potężnego sojusznika….
Jak na standardy Karaibów to nawet spora rozmiarami wyspa, gigant wśród karzełków, liczący ponad 9 tys. km², zamieszkały przez mniej więcej 4 mln ludzi. Gusty z natury rzeczy są bardzo subiektywne. Dla mnie niezapomnianym i najważniejszym przeżyciem kilkudniowego pobytu na Portoryko, była starówka stołecznego San Juan. Nie chodzi zresztą tylko o to, że została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ona zwyczajnie jest piękna i malownicza, momentami romantyczna, szczególnie rankami oraz o zachodzie słońca, gdy słońce mniej grzeje i da się oddychać. Wówczas nie tylko przyjemnie pospacerować, pogapić się na odnowione kamieniczki i kościoły, chłopców dokonujących cudów zręczności na swoich deskach, na jednym z pochyłych placów lub eksplorować świetnie zachowane forty El Morro i San Cristobal, pilnujące od kilkuset lat wejścia do portu. Ich mury przechodziły niejedne oblężenie, łącznie z wojną hiszpańsko-amerykańską w 1898 r., gdy zawisł na niej gwiaździsty sztandar. Ostatni raz fort El Morro wypełnił zaszczytnie służbę w latach II wojny światowej, pełniąc rolę punktu obserwacyjnego śledzącego ruchy szalejących w 1941 i 1942 r. w tych stronach, nazistowskich ubootów.
Na południu wyspy znajduje się inne, ciekawe, o bogatej przeszłości miasto. To Ponce, nazwę swoją wywodzące od jednego z towarzyszy Kolumba (druga wyprawa 1493), który gdy powrócił, założył w tym miejscu osadę. Niewiele zachowało się starych budynków, ale niewielka, zawarta starówka skupiona wokół Plaza de Armas i katedrą po środku, zasługuje na wizytę. Osobliwością jest czerwony gmach straży pożarnej ze starymi sikawkami we wnętrzu. Miasto posiada interesujące muzeum sztuki, z budzącą lekkie zdziwienie, w tym akurat punkcie świata, kolekcją malarstwa prerafaelitów, które upodobali sobie cukrowi baronowie. Swoje zbiory przekazali potem miastu. Kilka kilometrów na północ od Ponce, znajduje się jedno z ważniejszych stanowisk archeologicznych rejonu Karaibów. To miejsce kultowe ludu Tainów, który uległ kompletnej eksterminacji podczas konkwisty. Pozostały osobliwe rzeźby i kamienne kręgi, choć na pewno nie jest to Stonehenge…

Atrakcją nietypową, bo z kręgu nauki, jest największy na globie (o średnicy 305 m) radioteleskop Arecibo – na północy wyspy, służący głównie do obserwacji astronomicznych. Od momentu otwarcia w 1963 r., dokonano tutaj szeregu ważnych odkryć. Dowiedzione zostało, m.in. istnienie gwiazd neutronowych, a nasz toruński astronom, Aleksander Wolszczan, badając pulsary, odnalazł w 1990 r. trzy planety spoza układu słonecznego.


Nie brakuje na Portoryko i dziewiczej przyrody. Niedaleko od San Juan rozpościera się w górach park narodowy El Yunque, gęsto porośnięty lasem deszczowym a na południu wije się droga sceniczna wciśnięta pomiędzy góry i dżunglę. Najładniejsze plaże są na sąsiadującej z Portoryko, wysepce Culerba. Ostatecznie można kąpać się i w samym San Juan, w Condado, dzielnicy odległej o 15 minut autobusem od starówki. Bliżej lotniska jest większa i czystsza tzw. Isla Verde.

Dominica (Dominika)
Zielona wyspa, pokryta w prawie 80 % dżunglą okazała się nie tylko zaskoczeniem, ale i rewelacją. Ze wszystkich przedeptanych wysp, pozostaje najmniej wypełniona w stosunku do powierzchni turystyczną infrastrukturą, pozostaje dziewiczą i stosunkowo rzadko odwiedzaną. Spokojnie można pluskać się i pływać w rzekach i jeziorach, a nawet pić z nich wodę. Nieczęsto zawijają tutaj wycieczkowce, a niewielkie lotnisko nie przyjmuje wielkich samolotów z Europy czy Stanów. Na Dominikę docieramy zazwyczaj przesiadając się na innej, z większym lądowiskiem, np. Antigui, Saint Martin, Martynice, Saint Lucii czy Barbados. Jak na standardy Karaibów, jest wcale niemała, ponieważ posiada 750 km².
Ze względu na górzyste ukształtowanie, przemieszczanie się po wyspie nie jest proste i szybkie. Wąskie i kręte drogi uniemożliwiają przesadną brawurę. Jedna z osobliwości przyrodniczych – a jest ich tutaj niemało, znalazła się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, konkretnie Morne Trois Pitons National Park. Kryje on wiele niespodzianek i atrakcji, ale niestety wymaga dobrej kondycji i energii do pełnej eksploracji. Słynie z kilku wodospadów, jak np. najwyższy na wyspie Middelton, kilku jezior, tajemniczych wąwozów oraz przede wszystkim sławnego Boiling Lake. Do kipiącego jeziora docieramy po co najmniej trzech godzinach wspinaczki mijając siarkowe źródła i opary unoszące się nad kilkoma dolinami. Jezioro, na wysokości około 1,5 tys. metrów, wypełnia krater. Jest jak i siarkowe źródła, dowodem wulkanicznej aktywności wyspy, która może kiedyś przebudzić się do bardziej dramatycznych form. To drugie, co do wielkości tego typu gotujące się jezioro. Tylko na Nowej Zelandii jest większe.
Niedaleko przeciętnej stolicy – Roseau, warto odwiedzić majestatyczny wodospad Trafalgar oraz ciekawy park botaniczny, gdzie przyjrzeć się można z bliska endemitowym zielono-granatowym papużkom, które znalazły się na fladze Dominiki.
W północnej części wyspy atrakcją jest Park Narodowy Carbits. Wśród tropikalnej roślinności znajdują się ruiny brytyjskiego fortu z XVIII stulecia. W innym miejscu konary i korzenie oplatają kamienne budowle, rozsadzając je od wewnątrz, tworząc niesamowite wrażenie. Obok płynie spokojnie Indian River, po które spokojnym nurtem można wybrać się na przejażdżkę łodzią. Sceneria ta wykorzystana została w jednej z części perypetii bohaterów Piratów z Karaibów. Kryształowo czysta woda pozwala podziwiać korzenie namorzynowych drzew i srebrzyste ryby, podobne do rodzimych pstrągów.
Co ciekawe, na Dominice zachowała się garstka pierwotnych mieszkańców tych ziem, około 2000 potomków Indian z ludu Karibów, który obok Tainów i Arawaków zamieszkiwał Antyle. Terytorium Karibów rozciąga się za zatoka Papua, na południe od lotniska Melville, a jego centrum są wioski Bataka i Sylabia. Będąc tam czasami miałem wątpliwości, ponieważ niemało wśród nich mieszańców, ale po przemyśleniu chyba nie końca słuszne. Setki lat musiały wpłynąć na fakt wymieszania się genów i krwi. Nikt nie może nikomu zabronić wyboru partnerów, ani nie odpowiada za wybory rodziców. Tak samo byłoby nie fair mieć pretensję do Indian, czy raczej ich potomków, że czas wolny spędzają grając w tak „typowy” sport dla czerwonoskórych, jak baseball.
Tak się składa, iż ta sympatyczna wyspa nie posiada może tak efektownych plaż, jak inne. Te które są, często ciemne od wulkanicznego piasku, ale czyste i niemal bezludne. To chyba raczej walor, niż wada.

Jeszcze z jednego Dominika słynie…To długowieczność! Żyje tutaj 31 kobiet, które przekroczyły …setkę, a ponad 100 ma ponad 90 wiosen…Może warto pomyśleć o wyspie, jako miejscu zasłużonej emerytury?


Saint Lucia
Saint Lucia, licząca sobie 617 km², zalicza się do najpopularniejszych i najczęściej odwiedzanych. Przyciąga pięknymi krajobrazami, znakomitą kuchnią, świetną bazą hotelową – przeważnie z wyższej półki i jednymi z najlepszych w regionie plaż. Dysponuje dwoma lotniskami. Większe samoloty, z Europy i Stanów siadają na zbudowanym na południu, gdzie bardziej płasko, międzynarodowym porcie lotniczym. Drugie, obsługujące mniejsze maszyny i lokalny ruch z rejonu Antyli, w tym mojego przewoźnika – LIAT, znajduje się na przedmieściach stołecznego Castries. Samo miasto nie należy do najpiękniejszych, ale co należy podkreślić, posiada interesujące amfiteatralne położenie, gdzie ze wzgórz obejmujących zatokę z trzech stron, rozpościerają się niebanalne widoki. Niska zabudowa w typie kolonialnym, miesza się z niekoniecznie udanymi nowoczesnymi kopiami współczesnego modernizmu czy funkcjonalizmu. Na jednym ze szczytów w gustownym wiktoriańskim pałacyku zlokalizowana została rezydencja gubernatora, przedstawiciela Jej Królewskiej Mości, czyli lokalnej głowy państwa. Urząd pełni, co jest wyjątkiem na Karaibach, jedyna kobieta tym gronie, Caliopa Pearlette Louissy. Co ciekawe wyspa, doczekała się też własnego noblisty w dziedzinie literatury. Jest nim Derek Walcott. Mieszkańcy są co najmniej dwujęzyczni: (jeśli nie więcej, dorzucając lokalny dialekt kreolski patois). Wynika to z historii wyspy, o którą rywalizowali zawzięcie Anglicy i Francuzi. Ci pierwsi w XVIII w. ten spór ostatecznie wygrali.
Nie da się zaprzeczyć, iż południe, że tak powiem Łucji, zdecydowanie jest piękniejsze i ciekawsze od wierzchołka, wielkiej łezki, ponieważ taki kształt posiada ten karaibski kraj. Ikoną wyspiarskiego państwa, są położone koło miasta Soufriere, dwa wulkanicznego pochodzenia, niemal bliźniacze szczyty Piton, dramatycznie wynurzające się z morza. Większy, bardziej strzelisty, ma wysokość 770 m, a niższy o 30 metrów mniej. Rejon Piton’s wpisany został na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Pomiędzy nimi rozciąga się malownicza, dech zapierająca plaża, z kapitalnymi widokami. Powstał tam luksusowy kompleks hotelowy składający się z eleganckich bungalowów, wkomponowany doskonale w krajobraz. Niedaleko znajduje się dolina Soufriëre, gdzie spod ziemi wydostają się opary siarki, mieszając się z wypływającymi stąd gorącymi strumieniami, co stanowi dowód wulkanicznej aktywności wyspy i regionu. Nieopodal można wskoczyć do kilku pięknych ogrodów i plantacji. Poniżej siarkowych źródeł rozciąga się Diamond Botanical Garden, ze wspaniałą kolekcją tropikalnych drzew, kwiatów i owoców. Wizyta tam stanowi świetną i skróconą lekcję biologii. Ścieżka dochodzi się też do malowniczego wodospadu, ale kąpiel pod nim jest surowo zabroniona. Zamoczyć legalnie swoje członki można za to w siarkowych łaźniach, które wykorzystują źródła wody przesycone lekko śmierdzącym pierwiastkiem – oczywiście za dodatkową odpłatnością. Z kolei plantacja Morne Coubaril Estete, stanowiąca własność jakiegoś Francuza z Martyniki, specjalizuje się w uprawie kakaowców. Można ją zwiedzać i zaznajomić się z procesem uzyskiwania czekolady z kakaowca i spróbować, jak smakuje na kolejnych etapach produkcji. Powiem szczerze, że to było bardzo ekscytujące. Z balkonu rezydencji rozciąga się malowniczy pejzaż na zatokę i miasteczko Soufriëre.
Na głębokim południu wpadliśmy (tzn. nasza czwórka, ja – rodzynek i trzy panie) do uroczej i nie zdeptanej przez masy ludzkie, rybackiej wioski Choiseul. Cichy spokojny port i toczące się tam leniwie życie, są jakby kwintesencją karaibskiego stylu bycia. Kilka kilometrów na wschód, blisko już międzynarodowego lotniska, zawitaliśmy do pięknej, spokojnej i stylowej postkolonialnej rezydencji Balenbouche Estete.

Balenbouche jest własnością niemiecko-karaibskiej rodziny i szefowa, pani Uta Lawaetz, wynajmuje pokoje. W tropikalnym ogrodzie napotykamy się na ruiny cukrowego młyna oraz częściowo zrujnowany, romantyczny domek, który dla artystów stanowi coś na wzór studia i oazy natchnienia, a może i nie tylko…ponieważ widać tam było krzesła i łoże dla pozujących potencjalnie muz czy modeli.


Obok wielkiego lotniska na południu Łucji, znajduje się osada Vieux Port, z pozostałościami umocnień i fortów, wzniesionych przez Francuzów. Jadąc odtąd na północ – do Castries, zatrzymaliśmy się jeszcze w pobliżu niewielkiego Dennery, z klifu podziwiając panoramę miasteczka, zatoki i otaczających ją skał.
W północnej części wyspy zlokalizowanych jest nad zatoką Rodney zespół eleganckich hoteli i plaż. Tam również znajduje się wielka marina, czyli port dla jachtów i żaglówek. Rodney Bay i sąsiadująca z nią wyspa Pigeon są również ważne z historycznego punktu widzenia. Pozostały tam ruiny brytyjskich fortów z XVIII i początków XIX w. Jeden z tutejszych hoteli zasługuje na krótką wizytę, ze względu na lokalizację. Wzniesiony został na skale, ponad mini plażą i jaskinią, nosząc odpowiednią nazwę: Pirats Cove. To na pewno nie wszystko co Łucja ma do zaoferowania, ale tyle udało mi się zobaczyć…Zabrakło czasu na porastającą wnętrze dżunglę…ale usprawiedliwieniem będzie fakt, penetracji zielonego wnętrza poprzedniej z wysp, mojej faworytki – Dominiki.

St. Vincent and Grenardines
Kolejne z odwiedzonych karaibskich państewek, wydaje się o wiele większe niż jest w istocie (w rzeczywistości ma powierzchnię 389 km²), ponieważ obejmuje 32 wyspy, wysepki i atole, z których może mniej niż połowa jest zamieszkana. Na mainlandzie oprócz stołecznego Kingston i fortów strzegących miasta, warte zobaczenia są wodospady Trinity oraz powulkaniczne, o turkusowym kolorze jezioro wypełniające krater La Soufriere’s. W zachodniej części wyspy koło Layou na skałach zachowały się petroglify wykonane przez Karibów ponad tysiąc lat temu. Moją bazą jednak była wyspa Bequia, cicha, spokojna, którą na upartego można byłoby pieszo obejść, gdyby nie upał. Obie strony wyspy posiadają piękne plaże, na które należy dojść lub dojechać busikami czy taksówkami w stylu tuk tuków (na pace lub na dechach w tyle vana). Głównym ośrodkiem tej drugiej co do wielkości wyspy kraju jest miasteczko Port Elizabeth, gdzie można wszędzie dotrzeć pieszo, w tym do ruin fortu Hamilton na skale kontrolującej wejście do portu, z kilkoma zachowanymi ku pamięci działami. Do większości gesthousów dochodzimy z portu idąc bulwarem, który zwęża się w ścieżkę i chodnik. Sąsiadują firma organizującą scuba-diving (nurkowanie) i wypożyczającą odpowiedni sprzęt. Ozdobą jest tam śliczna papużka, podobna do tych żyjących na Dominice, która przechadza się po balustradzie, pilnując interesu.
Baza turystyczna istnieje także na kilku innych wyspach łańcuch Grenadyn: Mustique, Canuan, Mayerou, Petit St. Vincent, Palm czy pięknej, bo górzystej i porośniętej lasem tropikalnym Union Island, skąd już żabi skok na należącą do Grenady, Carriacau.
Bequia jest niemal idealną bazą do wypadów na inne Grenardyny. Jedna z firm – Friendship Rose, oferuje wycieczki stylowym schoonerem, żaglowo-motorowym, w tym do bezludnego, przecudnego atolu Tobago Cay, gdzie została nakręcona spora część przygód Johnnego Deepa i Orlando Blooma czyli Piratów z Karaibów. Oprócz kolorowych rybek, jedną z wysepek atolu zamieszkują endemitowi spore, co najmniej metrowe iguany. Swoisty archetyp raju na ziemi. Grenadyny są piękne i polecam je bardziej niż przereklamowane i szalenie drogie Bahamy, Wyspy Dziewicze lub Barbados…

Grenada
To niewielkie wyspiarskie państwo posiada odwrotnie proporcjonalnie dramatyczne dzieje w stosunku do swojej powierzchni – 344 km². Kolumb dotarł tam podczas przedostatniej ze swoich wypraw (trzeciej) w 1498 r., ale do kolonizacji, doszło równocześnie ze strony Paryża i Londynu dopiero w XVII w., co rozpoczęło rywalizację francusko-brytyjską. Ostatecznie grupa południowych Grenardyn (Grenada plus Petit Martinique i Carriacou) przypadła w drugiej połowie XVIII w. Anglii i tak też było do 1974 r., gdy stała się niepodległym państwem. Nazwę zawdzięcza sporadycznie bazującym w XVI i XVII w. hiszpańskim żeglarzom, tęskniącym za ojczyzną, ponieważ oryginalna nazwa nadana przez Karibów, doszczętnie wyniszczonych, brzmiała: Camerhogne.
Pierwsze lata wolności okazały się niezwykle burzliwe. Władzę początków dzierżył umiarkowanie lewicowy dany lider związkowy, Eric Gairy, obalony w 1979 r. przez armię, podczas pobytu za granicą. Młodych wojskowych popierał marksistowski ruch, New Jewel Movement, kierowany przez charyzmatycznego Maurice’a Bishopa, który wkrótce stanął na czele Ludowego Rządu Rewolucyjnego. Premier w swojej polityce zagranicznej i wewnętrznej balansował często na linie… nawiązał przyjazne kontakty Moskwą i Kubą, otrzymując stamtąd wsparcie, ale na wyspie chronił prywatny sektor przed zwolennikami twardej, ortodoksyjnej linii.

Komunistyczni dogmatycy na czele z byłym kolegą szkolnym Bishopa, Bernardem Coardem zdobyli wpływy w armii szkolnej przez radzieckich i kubańskich doradców i w październiku 1983 r. obalili dotychczasowego lidera. Gdy doszło do demonstracji w obronie popularnego polityka, Coard i jego poplecznicy zdecydowali się na czystkę w iście stalinowskim stylu. Bishop ze swoimi najbliższymi współpracownikami (razem 15 osób) został rozstrzelany. Sprowokowało to reakcję Stanów Zjednoczonych, od dawna zaniepokojonych sytuacją na wyspie. Sześć dni później, 25.10.1983 doszło do inwazji amerykańskiej i w ciągu kilku dni zginęło 42 żołnierzy USA, 70 Kubańczyków i 170 Grenardyjczyków.


Amerykanie wpompowali w Grenadę w następnych latach miliony dolarów. Nowy, umiarkowanie prawicowy gabinet, osądził marksistowskich sekciarzy i Coard został powieszony. Powolny proces rozwoju, tego ciągle biednego kraju, przerwał dokonując niemałych spustoszeń huragan Ivan w 2004 roku. Ciągle naprawiane są szkody wówczas wyrządzone
Z odwiedzonych karaibskich państewek, stolica Grenady – St. George’s, zrobiła na mnie największe wrażenie. Istota rzeczy tkwi nie tylko w tym, że sporo w niej gustownych, zabytkowych kamienic i gmachów, ale w pięknym położeniu, nad zatoką, w amfiteatralny sposób, oplatając ją swoimi ramionami i stopniowo wijąc się ku górze. Wejścia do Carenage Bay (zatoki), tradycyjnie już strzeże forteca, zwana, nomen omen Fort George, w której obecnie mieści się szkoła policyjna. Zabytek można jednak zwiedzać, chodząc po wałach czy dziedzińcu, na którym tragicznego dnia 19.10.1983 r., został zamordowany Bishop ze współpracownikami, w tym i narzeczoną, panną Croft (była w ciąży). Warto, ze względu na egzotykę i dogodne ceny wpaść na targ, gdzie można zakupić korzystnie, specjalności – przyprawy, z których słynie. Grenada należy do największych na świecie producentów gałki muszkatołowej, cynamonu i goździków. Owoc muszkatowca znalazł się nawet na fladze państwowej.
Zacytujmy opinię bywałej tam i znającej się na rzeczy Darii Pawędy na temat najsłynniejszej uprawy tego kraju: „Owoc muszkatołowca jest brzoskwiniowo-żółty. Gdy dojrzeje pęka odsłaniając brązową pestkę, otoczoną czerwoną siateczką osnówki. Z miąższu owocu wytwarza się dżemy, soki i inne przetwory spożywcze. Osnówka wykorzystywana jest przy produkcji kosmetyków oraz służy jako surowiec do przyprawy zwanej kwiatem muszkatołowym. Łupina pestki wykorzystywana jest jako grys w ogrodach oraz do budowy dróg. Natomiast sama pestka, będąca sercem owocu, znana jest jako gałka muszkatołowa i jest bardzo słynną przyprawą wykorzystywaną do przyprawiania mięs, ale również ciast i lodów”1.
Na Grenadzie istnieje kilka możliwości zwiedzania plantacji i przetwórni gałki. Mnie udało się zobaczyć tą koło miasta Grenville. Kilka kilometrów na północ od niego, znajdują się resztki starego lotniska Pearl używanego jeszcze przed inwazją. W pamiętnym październiku 1983 r. było areną bitwy, po której pozostały dwa wraki samolotów w barwach sowieckich i kubańskich.
Centralną część wyspy pokrywają góry i tropikalna dżungla. Tam też powstał wart wędrówek Grand Etang National Park. Szlaki prowadzą do zespołu wodospadów jak Seven Sisters, obozowiska Fedona – lidera rebelii pozostałych Francuzów przeciwko brytyjskim rządom w 1795 r., jeziora Etang. Na skraju parku są też inne malownicze wodospady: Concord oraz Annandale. Obok Visitor’s Center, w sercu parku, można tez często spotkać sympatyczne małpki , dające się skorumpować bananem.
Nie brakuje pięknych i czystych plaż. Na południe od stolicy ciągnie się kilka kilometrów zatoka Grand Anse z zespołem restauracji, mariną i oczywiście złotym, sypkim piaskiem. Nie zapominajmy, jak mówi jeden folderów reklamujących Granadę, nie jest ona tylko jedną wyspą. Druga co do wielkości jest Carriacou, z jednym miasteczkiem Hillsborough i kilkoma rybackimi wioskami. Tam też są chyba najlepsze i niemal puste plaże. Jeszcze bardziej na uboczu jest rzeczywiście mała, Petit Martinique. Na obie wyspy dociera katamaran Osprey, za mniej więcej 20 $ w jedna stronę.
Należy podkreślić, że na Grenadzie i Carriacou funkcjonuje nieźle system komunikacji publicznej i do większości miejsc da się dojechać busikami, co pozwala na pewną oszczędność.

Barbados
Dotarłem tam nocą, ponieważ mój ostatni lot z Grenady tradycyjnie, jak na LIAT przystało, był opóźniony… Proszę uruchomić swoją wyobraźnię! Taka pora to zero możliwości negocjacyjnych i minimum opcji. Gdziekolwiek jesteśmy, musimy przyjąć stawiane nam warunki, a tym bardziej to bolesne, jeśli jesteśmy w takim miejscu, jak Barbados….
Wyspa pozostaje od wielu lat jedną z najpopularniejszych destynacji w regionie, dysponując bogatą bazą hotelową, w zdecydowanej większości dla zasobnych kieszeni. Jak na standardy regionu, zazwyczaj bardzo młodych jednostek państwowych (od lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych), jest nieco starszy, ciesząc się niepodległością od 1966 r. 430 km². Barbados w przeciwieństwie do innych karaibskich państewek tutaj omawianych – poza Portoryko, posiada własną, silną walutę, lokalny dolar. Wyspa słynie z produkcji wyśmienitego rumu, konkurując skutecznie z innymi podobnymi płynami w regionie. Tutaj powstają takie sławy jak Mount Gay czy Malibu. Destylarnie można zwiedzać i oczywiście testowanie trunków stanowi najciekawszy punkt wycieczki. Stołeczne Bridgetown, zgodnie z nazwą leży po obu stronach mostu nad niewielką rzeczką Constitution. Posiada kilka reprezentacyjnych gmachów, z parlamentem i katedrą św. Jana na czele. Tutaj też został wzniesiony najstarszy z istniejących pomników admirała Nelsona, grubo przed tym na Trafalgar Square. Na przedmieściach od północnej strony można wpaść do wspomnianych destylarni – płacąc za to od 7 do 15 bagsów lub odpowiednik w dolarach barbadoskich (zawsze dwa na jednego waszyngtońca) lub nawet i 25-30, jeśli wybierzemy opcję z lunchem. Mhm…może nawet to niezły pomysł zadbać o podkład. Swoje podwoje zwiedzającym i smakoszom otwiera też browar Banks, produkujący kto wie, czy nie najlepsze lub jedno z najlepszych piw na Karaibach (5 $).
Barbados słynie głównie z plaż, szczególnie na południe i lekko na północ od stolicy, ale i na wschodnim wybrzeżu bywa ładnie. Ile jednak czasu można usiedzieć na plaży i w Atlantyku o temperaturze wystudzonego rosołu? Wewnątrz wyspy atrakcją jest spora jaskinia Harrisom Cove. Wozi nas tam coś w rodzaju kolejki i oprócz stalaktytów czy stalagmitów, do zobaczenia mamy tez podziemne jezioro. Woda z tutejszych źródeł ma być ponoć używana do produkcji rumu Mt Gay i piwa. Na wschodzie wyspy, koło miasta Betsheda, wart wizyty jest ogród Andromeda z kolekcją tropikalnych roślin i pseudojapońską architekturą. Walorem ogrodu jest też położenie – wzgórze stopniowo schodzące trasami do Atlantyku.
Ciekawą alternatywą wobec leżenia plackiem na plaży, będzie też zwiedzenie choćby jednej z kolonialnych rezydencji i plantacji na wyspie. Najstarszym takim zachowanym obiektem jest Sunbury Plantation House (druga polowa XVII w.) w okolicach miasteczka St. Philip, na wschód od lotniska.
Uwaga – w tym atrakcyjnym na swój sposób, acz nieprzyjaznym dla naszych kieszeni kraju, da się uczynić wycieczkę dla budżetu łagodniejszą przemieszczając się publicznym transportem – niebieskimi państwowymi busami. Niestety – jeżdżą mało regularnie i należy uzbroić się cierpliwość, ale ceny taksówek – kierowcy życzą sobie około 80 $ za godzinę, odrzucają… A przecież, wyspa nie należy do wielkich i maksymalna odległość w jedną stronę to jakieś 20-25 km !!!

Trynidad i Tobago  
Gdzie przez niemal cały rok świeci słońce, chyba że leje – bo to tropik przecież...? Gdzie woda w morzu ma średnio 26º C? Na Karaibach ! Konkretnie na Trinidadzie i Tobago. To największe z grupy maleńkich zazwyczaj państw w grupie tzw. Małych Antyli. Składa się, co już nazwa sama sugeruje, z dwóch wysp, z których pierwsza jest rzeczywiście spora. Razem ma 5 128 km². Niepodległością cieszy się od 1962 r. Wyspy przechodziły burzliwe dzieje. Ta większa pierwotnie należała do Hiszpanii, czego śladem nazwa – wyspa Trójcy Świętej, czyli Trinidad. Pod koniec XVIII w. przeszła pod panowanie Francji, a w 1798 r. stała się posiadłością Anglii. Tobago miało bardziej skomplikowane losy. Początkowo usadowili się tutaj piraci, potem Holendrzy, przejściowo nawet nasi lennicy z Kurlandii, potem Francuzi, no i Brytyjczycy od 1802. Wszyscy sprowadzali czarnych niewolników, zaś Anglicy z czasem też i Hindusów. Dzisiaj to jedni i drudzy stanowią większość populacji. Niestety – pierwotni indiańscy mieszkańcy obu wysp zostali wybici już w XVI w. Wielokulturowość jest jednym z wyznaczników kraju. W zależności, gdzie trafimy, możemy poczuć się np. jak w Indiach czy Zachodniej Afryce. Znowu i tutaj przewodnikiem mogą być wiersze Walcotta.
Co pociąga lub może się podobać w tym karaibskim kraju ? Piękne, czyste plaże i rafy koralowe, zwłaszcza na i wokół Tobago, choć i większa z wysp nie jest pozbawiona atutów. Dżungla pokrywająca znaczne połacie kraju z bogactwem roślin i zwierząt. Szczególnie to raj dla miłośników obserwacji ptaków od kolibrów po ibisy i kolorowe papugi. Na północnych wybrzeżach Trinidadu znajdują się miejsca lęgowe żółwi morskich. Wiosną to zjawisko przyciąga kolejnych turystów – miłośników zagrożonej przez człowieka przyrody.

To są również sympatyczni ludzie i ciekawa kultura stanowiąca mieszaninę najróżniejszych wątków etnicznych od Brazylii, Jamajki i Kuby po czarną Afrykę. Tutejszy karnawał jest drugą tego typu imprezą na zachodniej półkuli po tym z Rio. Kostiumy potrafią zadziwić feerią barw, oryginalnością i rozmachem. Ściąga tłumy przyjezdnych i wówczas na przełomie stycznia i lutego w stołecznym Port of Spain może być trudno o znalezienie sensownego noclegu...


Zabytki są nieliczne i skromne. Zachowało się kilkanaście kolonialnych fortów i strażnic oraz tyle samo świątyń sprzed kilku stuleci.. Sama stolica raczej jest przeciętnym miastem i nieco prowincjonalnym, ale przecież żyje tam tylko około 60 tys. mieszkańców. Oko może przyciągnąć kilkanaście starych kolonialnych rezydencji z charakterystycznymi balkonami dającymi upragniony w tropiku cień. Dla poszukiwaczy poloników też coś się znajdzie – mianowicie pomnik upamiętniający lądowanie osadników ze związanej z przedrozbiorową Rzeczypospolitą Kurlandii (dzisiaj cześć Łotwy) w XVII w., której książę Jakub z rodziny Kettlerów miał kolonialne wizje i częściowo je na krótko zrealizował.
Trynidad w ostatnich latach stawia jednak nie na turystykę, ale na przemysł wydobywczy. Zostały w przybrzeżnych wodach odkryte niemałe zasoby ropy naftowej. Kto wie, jakie to przyniesie skutki dla ekologii i przyrodniczych walorów olbrzyma wśród karzełków.

Kwestie praktyczne  
Rejon Karaibów do tanich nie należy... Co generuje koszty? Przede wszystkim wysokie ceny akomodacji: noclegów, wyżywienia i transferów na samych wyspach. Oczywiście dochodzą ceny przelotów, ale to musi kosztować, jednak to najwyżej będzie połowa całości wydatków. Przelot z Londynu, na zasadzie open jaw (tzw. otwarte szczęki) wyniósł w moim przypadku 2500 zł. Doliczamy koszty dojazdu do Londynu – może być to tzw. tania linia (niekonieczni e w praktyce to się zgadza) bądź w podobnej cenie autobus. W drugim przypadku pamiętajmy o dodatkowych dwóch dniach, ale oszczędzamy nieco, jak powiadają górale…tutków. Można też pomyśleć o przelocie z Amsterdamu czy Paryża na St. Martin/St. Marteen, ale cena będzie jednak wyższa.
Jeszcze lepiej wyniosłoby to z Miami, ale trzeba tam najpierw dolecieć i to obowiązkowo – z wizą USA!!! To opcja, dla tych, którym przyszło siedzieć w Stanach kilka miesięcy lub tygodni.
Noclegi na Karaibach kształtują się pomiędzy 30 a 100 $ za dwójkę, w wersji najbardziej przystępnej. Nie brakuje oczywiście obiektów o wiele droższych (nawet noc za 800 USD), ale pomińmy je milczeniem. Szczęśliwie, latem ze względu na cyklony i porę deszczową bywa taniej, ale i turystów dociera wówczas mniej….
Pieniądze: walutą większości państw regionu (Antigua, St. Kitts & Nevis, St. Vincent, Dominica, St. Lucia, Grenada) jest dolar karaibski. Własne jednostki płatnicze posiadają Barbados, Trynidad i Tobago oraz oczywiście stowarzyszone z USA Portoryko, gdzie króluje $. Kursy: 1 USD = pomiędzy 2,5 a 2,7 K$ (dolary karaibskie); 1 USD=2B$ (dolary barbadoskie); 1 $ = ok. 10 TR$ (dolary trynidadzkie).
W większości punktów, poza najtańszymi sklepami i noclegami powszechnie honorowane są karty płatnicze, a bankomatów jest sporo. Ze względu na bliskość USA dolarów amerykańskich używa się na co dzień zamiennie, wraz z lokalnym ich odpowiednikiem...
Restauracje turystyczne zazwyczaj są drogie, ale proponowałbym zwrócić uwagę na punkty, de facto jadłodajnie, mało eleganckie z wyglądu, gdzie stołują się miejscowi. Można się najeść za mniej niż 10 dolarów USA. Są też sklepy, supermarkety gdzie możemy coś kupić na śniadanie. Większość umiarkowanych noclegów, nie wlicza ich w cenę.
Transport lokalny, publiczny jest stosunkowo tani. Busiki łączą większość miasteczek rozrzuconych na wyspach. Świetnie jest on zorganizowany na St. Kitts & Nevis, St. Vincent, St. Martin, Grenadzie, Barbados, nieco gorzej na Trynidadzie, Dominice czy St. Lucii. Na brytyjskiej Anguilli są tylko taksówki i bardzo drogo. W ogóle taksówki mają często ceny astronomiczne, zwłaszcza na Łucji czy Barbados. Na szczęście wspomniany transport publiczny, o ile istnieje ratuje sytuację. Na St. Vincent, czy St. Kitts kursują też pomiędzy wyspami promy lub coś w tym rodzaju, a Grenadę łączy z jej dwoma innymi wyspami katamaran Osprey. Ciekawe, że nawet przelot z Trynidadu na Tobago, to ok. 25-30 $ w jedną stronę....
Pomiędzy wyspami-państwami, najlepszą opcją jest wspomniany LIAT, którego bilety musimy kupić w Internecie. Ceny zależą nie tylko od dystansu, ale i godziny. Przykładowo wczesnym rankiem lub nocą są zazwyczaj tańsze.


1 D. Pawęda, www.geozeta.pl/artykuły, 295
 

 

Nasi Partnerzy

 

Copyright ©  Turystyka Kulturowa 2008-2018


Ta strona internetowa używa pliki cookies w celu dostosowania serwisu do potrzeb użytkowników i w celach statystycznych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Brak zmiany tych ustawień oznacza akceptację dla cookies stosowanych przez nasz serwis.
Zamknij