Główna :  Dla autorów :  Archiwum :  Publikacje :  turystykakulturowa.ORG

 

Data wydania 29 września 2010, redaktor prowadzący numeru: Paulina Ratkowska

Numer 10/2010 (październik 2010)

 

Itinerarium

 
 


Jak wulkan wyspa gorąca ...

Michał Jarnecki

O Kubie można by bez końca. Tyle już słów wypowiedziano i tyle zdań napisano, że trudno w tym względzie być szczególnie oryginalnym. Pozwólcie więc, że podzielę się własnymi refleksjami z Perły Antyli.
W sumie mój prywatny kontakt z największą wyspą Antyli miał miejsce dwukrotnie. Raz był on fragmentem większej, środkowoamerykańskiej podróży. Bazą wypadową stał się meksykański kurort na Jukatanie, Cancun. Drugi raz istotnym segmentem wyprawy na dwie największe karaibskie wyspy.
W Warszawie z dużym wyprzedzeniem załatwiłem coś w rodzaju wizy, choć oficjalnie wizą się nie nazywało – tzw. carta turistica za 22 €. Uwaga – ambasada Kuby znajduje się na ul. Straościańskiej na… Mokotowie.
Ceny przelotów wyglądają różnie. Być może najlepszym pomysłem jest połączenie Meksyku właśnie z  Kubą, ponieważ bilety, najlepiej z  Cancun, Meridy, Oaxaca czy stolicy można zakupić pomiędzy 200 a 400 $ w obie strony. W przypadku Europy trzeba się liczyć  z 1000 dolarów minimum wraz z  podatkami. Ostatnio chyba oferta Iberii wydaje się specjalnie interesująca, ale warto sprawę śledzić….Sytuacja bywa płynna i ulega zmianom.

Różne oblicza Hawany
Nie sposób jej ominąć i podejrzewam, że większość też tak sądzi. Najczęściej też stołeczne lotnisko Jose Marti stanowi bramę wjazdową do wyspy. Hawana zachwyca, ale momentami tez może przerażać. Nad całością unosi się klimat dekadencji i rozkładu, a zarazem triumfującej mimo wszystko witalności. Architektura starszej części miasta niezależnie od jej stanu naprawdę jest piękna i wyrafinowana. Wzrok przyciągają gmachy, kamieniczki i wille wzniesione w najróżniejszych stylach poczynając od manieryzmu, przez barok, neoklasycyzm, eklektyzm, secesje i niebanalny czasem modernizm. Perłami kolonialnej architektury są Plaza Vieja, okolice katedry pod wezwaniem św. Krzysztofa oraz dwie fortece rozłożone strzegące wejścia do portu w zatoce wcinającej się w ląd. Obowiązkowy powinien być tez kilkukilometrowy spacer bulwarem Malecon, który o każdej porze jest ciekawy i tętni życiem. W ciągu dnia okupują go albo chłopcy skaczący do wody albo nieprofesjonalni rybacy, usiłujący coś złowić aby uzupełnić dietę rodziny i zaoszczędzić pieniądze, ponieważ ryby najczęściej kupuje się już za CUC-e. Wieczorem i nocą, gdy jest nieco chłodniej wylegają nań Hawańczycy rodzinami. Popijają rum, piwo desposado, tzn. tańsze, gorszej jakości (szczerze mówiąc da się wchłonąć – nie jest aż takie złe) i za normalne peso. W tłumie zdarzają się też i tacy, którzy oferują seksualne usługi, ale to nie powinno specjalnie dziwić. Tak bywa niemal wszędzie. Tutaj jest tylko więcej.
Na końcu bulwaru znajduje się jak na warunki kubańskie, ekskluzywny, w miarę elegancki hotel National, gdzie bracia Castro podejmują zazwyczaj posiłkiem zagranicznych gości. Tam serwują ponoć najlepszą wersje sławnego lokalnego drinku mojito, jak też stąd rozpościera się ładny widok na cały Malecon.
Piękna i darmowa panorama miasta rozpościera się  z ostatniego – 33 piętra wieżowca FOCSA, mieszczącego obok hotelu także siedzibę telewizji kubańskiej. Co ciekawe, aby obejrzeć panoramę należy wejść do baru z restauracją, jednak bez przymusu zakupu czegokolwiek.
Spacerując po ulicach ścisłego centrum ocieramy się o tropy wielu sławnych ludzi, z takim mistrzem pióra, jak Hemingway na czele.

Bardzo popularne wśród turystów są lokale odwiedzane przez wielkiego pisarza: „Floridita” i „Bodeguita del Medio”. Serwują tam drinki pijane przez noblistę, oparte na rumie zmieszanym  z wodą, miętą lub cytryną, jak mojito i dalquiri.
Zaś na przedmieściach znajduje się muzeum i dom wielkiego pisarza. Oprócz trofeów myśliwskich i obrazu walczących zaciekle bokserów utkwił mi w pamięci jacht, z którego zapewne Ernest łowił marliny i gdzie być może przyszedł mu do głowy pomysł napisania „Starego człowieka....”.


Cudem małej architektury, a zarazem specyficznym open air muzeum, jest stary cmentarz Colon. Marmurowe czy granitowe rzeźby na wielu nagrobkach stanowią prawdziwe dzieła, jeśli nie cacka sztuki. Obok budowli pięknych i stylowych straszyć jednak potrafią kikuty walących się domów, których właściciele zapewne uciekli do Miami, a na remonty bieżące nie ma w tym kraju dostatecznych pieniędzy. Są rejony miasta gdzie nie działa sprawnie kanalizacja i efektem bywają tzw. swojskie „zapachy”. Ulice stanowią niejednokrotnie muzeum motoryzacji. Leniwie snują się potężne krążowniki szos z lat 40’ i 50’, utrzymywane na chodzie przez złote ręce kubańskich mechaników. Obok nich sporo jeszcze sowieckich, czeskich i nawet polskich (maluchy!) pojazdów pamiętających lata przyjaźni z blokiem radzieckim. Przybysza mogą zadziwić dziwaczne monstra, imitujące transport publiczny, w postaci osinowozów ciągniętych przez ciężarówki. Niezależnie od tych uwag nie da się nie zauważyć także nowszych modeli samochodów, w tym i zachodnich, choć najczęściej koreańskich.
Wieczorami zapraszają w swe podwoje lokale i kluby z kapitalna muzyką i widowiskami w iście amerykańskim stylu. Szkoda, że do tych najlepszych (Tropicana i Parisien) nie są wpuszczani poza występującymi artystami, krajowcy.

Około 20-30 km na wschód od Hawany znajdują się urocze czyste plaże, jak Santa Maria, Guanabo, czy Cajito, na które można dojechać klimatyzowanym autobusem turystycznym za 3 CUC w obie strony. Przestrzegam przed taksówką – drogo, minimum 15 CUC w jedna stronę.

Większość mieszkańców stołecznego miasta to bardzo biedni ludzie, ale nie pozbawieni dumy i honoru, choć też nie można zauważyć szerzącej się wśród młodzieży obu płci prostytucji. Trudno się zresztą temu dziwić, jeżeli w kraju istnieje realnie dwuwalutowość. Za tzw. normalne, kubańskie peso niewiele da się kupić poza podstawowymi produktami na kartki. Z kolei za tzw. CUC, nabyć można niemal wszystko. Jeszcze kilka lat temu istniała sieć sklepów BRD, odpowiedników dawnego Pewexu. Teraz sieć sprzedaży za CUC została rozszerzona i straciły rację bytu. Młodzi to widzą i nie mając nie mając zbyt wielu alternatyw – oferują siebie. Przechodząc samotnie lub w małej grupce trudno nie spotkać się z dziesiątkami ofert wzmocnionych czasem specyficznymi, dalekimi od przyzwoitości gestami czy spojrzeniami.
Nocami, gdy bywa mniej gorąco, podobnie jak na Maleconie na ulice i przed frontony sypiących się często domów wysypują się mieszkańcy, częstokroć półnadzy... bo mimo wszystko ciepełko daje o sobie znać. Klima działa tylko w hotelach lub w tzw. casa particular czyli kwaterach do wynajęcia...
Popijają rum, gapią się, gawędzą i plotkują, zanurzeni w swojej rzeczywistości, nie bardzo zwracając uwagę na dziwnych przybyszy z „nie tego świata”, czyli białasów takich jak my, którzy wpadli tutaj na chwilę i zaraz odjadą...

Poza Hawaną: na szlaku historii, plaż i pięknej przyrody
Mistyczna i kultowa Hawana, choć najważniejsza, nie załatwia wszystkiego. Posuwając się na południe docieramy do starych kolonialnych miast: Cienfuegos czy uroczego, wpisanego na listę UNESCO, rozleniwionego Trinidadu. Życie tam toczy się wolniej, według własnego kosmicznego rytmu. W tym drugim więcej turystów, ale wpadających raczej tylko na kilkugodzinne wizyty do miasta przeważnie parterowych domów rozłożonych wokół pokrytych kocimi łbami uliczek. Nocą zada spokój i najwyżej z kilku lokali rozlega się delikatna muzyczka i gwar rozmów. Nad Plaza de Armas dominuje uroczy barokowy kościół. I tutaj odczuwamy wyniesiony z Hawany klimat rozpadu i cierpliwego oczekiwania na odmianę losu obok przejawów przystosowania się do niełatwych realiów. Szczególnie widać to „gdzieś” po drodze. Na szosach pojawiają się prekursorzy czegoś w rodzaju prywatnej, małej inicjatywy. Rolnicy z kubańskich kołchozów oferują ser – nawet zjadliwy, inni próbują sprzedać coś w rodzaju wyrobu czekoladopodobnego z orzechami – powiedzmy o dyskusyjnym smaku. Powstają knajpki i bufety z dosyć umiarkowana ofertą, ale niemal zawsze kawą i co najważniejsze, cervezą, czyli piwem.
Widać, że zadomowiła się rzymska zasada „do ut des”, czyli daję abyś ty mi dał... Podczas policyjnych kontroli drobne upominki nikną w kieszeniach stróżów prawa, a wszystkiemu towarzyszy ożywiona wymiana pozdrowień i grzeczności, wzmocniona porcją jurnych dowcipów. Trzeba jakoś żyć i zaklęcia tutaj na najwyższe wartości czy krytyka moralistów nie na wiele się zda....

Niedaleko Trynidadu na półwyspie Ancon znajduje się kilka kilometrów pięknej, białej i stosunkowo pustej plaży. Może to być alternatywa od bardziej popularnego i strasznie skomercjalizowanego sławnego Varadero na północnej stronie perły Antyli. Stanowi ono kolejna enklawę oderwaną od realiów życia wyspiarzy, swoistą zonę wypełnioną hotelami, polami golfowymi, zadbanymi plażami i klubami nocnymi przeznaczonymi dla extranjeros, czyli obcokrajowców. Ładnie... ale właśnie czy o to nam chodzi? Rajem dla miłośników nurkowania i pływania  z fajką (snorkelingu) będą wysepki koralowe Cayo Largo (południowa strona) i Cayo Coco ( na wschód od Varadero).

Cienfuegos oraz Camaguey to kolejne urocze kolonialna miasta, z  przeważnie barokową lub niezłą klasycyzującą architekturą. W tym pierwszym możemy również odwiedzić stary, nastrojowy cmentarz oraz barokowy fort. Dalsza droga na południe prowadzi do następnych punktów wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO – do Santiago de Cuba i Barocoa.

Santiago upamiętniło się kilkakrotnie w dziejach Kuby. Nie tylko dlatego, że pełniło w XVI w. kilkadziesiąt lat rolę stolicy (po Baracza), ale również dlatego, że tutaj zrodził się opór przeciwko hiszpańskim rządom. Na wysokości miasta rozegrała się decydująca o losach niepodległości bitwa morska pomiędzy USA a Hiszpanią. W Santiago rozpoczęła się też rewolucja – sławetny atak na koszary Moncada 26.07.1953 roku pod przewodnictwem Fidela Castro.


Santiago to nie tylko drugie co do wielkości miasto największej z  karaibskich wysp, ale również rywalizujące z Hawaną, kipiące energią, centrum życia politycznego, kulturalnego i ekonomicznego. Starówka, powiedzmy szczerze – ustępująca stolicy, jest ładna, ale chyba tylko interesująca. Kilka kilometrów, przy plaży i wejściu do zatoki, nad którą powstało Santiago, wznosi się na skale imponujący zamczysko – Castillo de Moro. Z  kolei mniejsza także zabytkowa Baracoa, wtłoczona jest pomiędzy dwoma ładnymi plażami: Maguana i Nibujon. Możliwy jest jednodniowy skok do parku narodowego (biosfera na liście UNESCO) Cuchillas de Toa. Aż Wierzyc się nie chce, że to najstarsze miasto Kuby, które powstało w 1512 roku i przejściowo pełniło role administracyjnej stolicy. Za lokalnego bohatera uchodzi wódz plemienia Tainów, Hatuey, który przez kilka lat stawiał waleczny opór Hiszpanom, aż wpadł w ich ręce i został spalony.
Miłośnicy pięknych krajobrazów, plaż, słońca i rafy znajdą coś dla siebie w zachodniej części wyspiarskiego kraju, w prowincji Pinar del Rio. Obok pięknej plaży Maria La Gorda, czy koralowej wyspy Cayo Lewisa, można tam zobaczyć inne przyrodnicze cudo, znajdujące się na liście UNESCO. To wapienne wzgórza pasma Sierra de los Organos, wskutek erozji przyjmujące ciekawe kształty, jaskinie, podziemne jeziora i rzeki (coś w rodzaju zjawisk krasowych) oraz ciekawe indiańskie rysunki naskalne, ślad prekolumbijskiej, zniszczonej przez konkwistę cywilizacji. Tylko tyle po nich pozostało... niemy krzyk ponieważ na wyspie nie ma już pierwotnych jej mieszkańców. Eksterminacja i przyniesione z Europy choroby zrobiły swoje. Za duże są często koszty cywilizacji.


Kwestie praktyczne

Czym jest CUC i jego wątpliwy „fenomen”? To specjalna jednostka monetarna wprowadzoną dla przybyszy, zmuszonych do oficjalnej wymiany po dziwacznym kursie, przykladowo1€=1,12 CUC, 1 £ = 1,4 CUC a 1$= 0,9 ale faktycznie maksimum 0,8 (jeśli nie trochę mniej CUC po odliczeniu specjalnego podatku). Wprowadzony kilka lat temu system obowiązkowej wymiany dewiz po nieco księżycowych kursach. Został przy okazji upokorzony dolar amerykański w odwecie za bezsensowną i nieskuteczną blokadę. De facto CUC służy ściągnięciu jak największej ilości twardej waluty. Turyści nie mogą zakupić niczego legalnie w lokalnej walucie, czyli pieniądzach otrzymanych podczas wypłaty przez Kubańczyków. Muszą płacić w CUC-ach za wszelkie usługi. Nie ważne czy są to hotele, taksówki, lokale, sklepy z pamiątkami, bazary czy nierząd. CUC jest również pożądany przez tubylców, którzy mogą za nie kupić niedostępne w normalnej sieci sprzedaży towary.
Problem, że pensji w CUC-ach nie pobierają, ale przecież są turyści…


W porównaniu do innych karaibskich wyspiarskich państw i państewek Kuba nie wydaje się specjalnie droga, ale szczerze mówiąc do najtańszych nie należy. Częściowo już chyba nawet wiecie dlaczego... Kuba postawiła na rozwój turystyki, która stanowi jedno z najważniejszych źródeł dewiz niebogatego w nie państwa, szczególnie po utracie hojnego sowieckiego sponsora, częściowa prywatyzacja tego sektora no i rodziny przesyłające przeliczane potem na nie dewiz, skromna hotelowa dwójka kosztuje w Hawanie 40 CUC-ów. Większość obiektów jednak jest droższa. W Varadero dwójka w tej cenie jest praktycznie niemożliwa, musimy się liczyć z prawie dwukrotnością tej kwoty, choć biura podróży wożące tłumy turystów mają zniżki i wychodzi to lepiej niż niezależna wyprawa. Tylko czy naprawdę chcemy tam jechać? Może zamiast hotelowych miasteczek poszukać ciekawszej opcji, dającej szanse poznania kraju i ludzi.
Wyjściem może być casa particular, czyli prywatna kwatera. Ceny kształtują się zazwyczaj pomiędzy 15 a 30 CUC za pokój, ale można spotkać i droższe, bardziej komfortowe za 40 i więcej. Za śniadanie płacimy osobno zazwyczaj kolejne trzy. Właściciele płacą podatek rządowy, który sięga ok. 1/3 sumy ogólnej. Należy stwierdzić, że casy posiadają pewien standard i nie są norami, choć też również ekskluzywnymi hotelami.
Taksówki maja określony cennik, ale da się tam coś wynegocjować. Najtaniej podróżować wynajętym na cały dzień lub większe dystanse, samochodem. Najlepiej wynajmować go w kilka osób, jako że dwudniowe wyprawy poza stolicę, w zależności od dystansu, wyniosą ponad stówę. np. do Trynidadu kosztować będzie koło 120-130 CUC.
Ceny posiłków kształtuję się różnie. Minimum to 3-5 CUC za konkretny zapis w jadłospisie (jedno danie). W eleganckich lokalach musimy się liczyć się z wydatkiem od 10 do 25, jeśli nie więcej CUC za posiłek. W casach particular posiłek zazwyczaj kosztuje pomiędzy 7 a 10 CUC. Piwo w barach czy restauracjach kosztuje 1-2 CUC. W sklepach cena cervezy wynosi 1 CUC. Drinki Hemingwaya w wymienionych wyżej lokalach maja cenę 3-4 CUC.
Różnie tez kształtują się ceny muzycznych show. Najdroższa w „Tropicanie” sięga nawet 70 CUC, „Parisien” ponad 50, ale w Casa de la Musica, tylko 15. W tej ostatniej opcji można pobawić się z miejscowymi, ale będziemy też zapewne nagabywani przez różnych naciągaczy lub różnorakie, dwuznaczne oferty. Nie przesadzajmy ze strachem... To normalni, choć biedniejsi ludzie...Też mają, jak i my, jedno życie.
 

 

Nasi Partnerzy

 

Copyright ©  Turystyka Kulturowa 2008-2024


Ta strona internetowa używa pliki cookies w celu dostosowania serwisu do potrzeb użytkowników i w celach statystycznych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Brak zmiany tych ustawień oznacza akceptację dla cookies stosowanych przez nasz serwis.
Zamknij