Główna :  Dla autorów :  Archiwum :  Publikacje :  turystykakulturowa.ORG

 

Data wydania 29 maja 2010, redaktor prowadzący numeru: Paulina Ratkowska

Numer 6/2010 (czerwiec 2010)

 

Itinerarium

 
 
Belize
Belize
Rafa koralowa w Hondurasie
rzeka San Juan w Nikaragui
Grenada, Nikargua jedna z figur z Ometepe bądź Zapatery
Grenada
Managua, pomnik papieża JPII Managua
Leon , katedra Leon, polityczne murale o treści prosandinistycznej
Leon , miejsce zmachu nqa Somozę upamiętnione tablicą Leon, muzeum Rubena Dario
Leon
wulkan Montozabito, jezioro Managua rzeka El Sapo, Salvador
rodzinka salwadorska w wiosce k. Perquin
El Mozote, pomnik ofiar rzezi w 1981, Salvador Honduras, dżungla
Honduras, Copan
papugi ary
Manaty w Belize, k. Cay Caulker Belize, na Cay Caulker, ślub
Belize - sceny rodzajowe Honduras, wyprawa na Cayos Cochinos
Honduras, plaża k. La Ceiby Belize - miasto
La Ceiba, tarantula
Panama City, Puente de los Americas/nad kanałem Panama City
Kosatryka, jeden z wodospadów
Rio San Juan, Nicaragua Nicaragua, zamek w El Castillo nad San Juan
Kostaryka, ok. Arenal Kostaryka, rezerwat Cabo Blanco
Salawador, powrót z Mozote
Salwdor, scena z Perquin, muzeum partyzantki antyrządowej Tegucigalpa
Tegucigalpa, katedra
Honduras, Santa Lucia Tegucigalpa, Honduras
Tegucgalpa Kostaryka, zdjęcia z awionetki
Kostaryka, Cartage - sanktuarium maryjne
Panama City, miasto
Panama City, pomnik Vasco de Balboa Panama Vieja, czyli stara Panama
"księżniczka" z Panama Vieja Kanał Panamski


Dwa łyki Środkowej Ameryki. Czyli włóczęga po Ameryce Centralnej

Michał Jarnecki

Nie tylko kanał czyli Panama

1. Kanał
Kraj ten kojarzy się wszystkim z kanałem i też on był dla mnie i moich przyjaciół głównym magnesem w państwie, od którego zaczęła się moja środkowoamerykańska włóczęga. Dzieje, tej chyba najważniejszej sztucznej drogi morskiej świata (obok Kanału Sueskiego), skracającej drogę morską z Nowego Jorku do San Francisco aż o 14500 km, są dramatyczne. Pierwsza próba budowy w latach 1880-1889 podjęta przez Francuzów pod kierownictwem sławnego z sueskiej drogi wodnej, F. Lesepsa zakończyła się fiaskiem i bankructwem, nie mówiąc o śmierci, wskutek chorób tropikalnych, kilku tysięcy osób. Powiodła się za to druga, nie bez politycznej manipulacji. Stany Zjednoczone mając poważne zamiary wydobycia od rządu panującej na tym obszarze Kolumbii (od 1830) koncesji na budowę kanału, gdy spotkały się ze stanowczą odmową poparły rebelię, która doprowadziła do ogłoszenia niepodległości Panamy w 1903 r., a ta podpisała z rządem USA odpowiedni traktat satysfakcjonujący Amerykanów. Dało to nowy impuls do podjęcia inwestycji ponownie i po dziesięciu latach budowy, pierwszy statek w dniu 15.08.1914 r. przepłynął Kanał Panamski.

Długość Kanału wynosi 81 km, a różnica 26 metrów pomiędzy poziomami Atlantyku i Pacyfiku, zniwelowana została przez trzy śluzy: Gatun, Pedro Miguel i Miraflores. Każda z nich liczy 330 m długości i 33 m szerokości i wypompowuje w ciągu 8 minut 26 mln galonów, czyli około 100 mln litrów wody!


Po długich staraniach od lat 60-tych Panama doczekała się na mocy układu z 1977 r. (prezydenci Torrijos-Carter), przekazania strefy kanałowej 31.12.1999 roku. Stanowi on, co zresztą nie dziwi, podstawowe źródło dochodów niewielkiego państwa (ok. 74 tys. km2). Przy śluzie Miraflores powstało centrum turystyczne, gdzie można zobaczyć wystawy obrazujące proces budowy kanału, filmy, działanie urządzeń oraz przyjrzeć się z tarasu ostatniego piętra funkcjonowaniu całego organizmu. Łatwiej zrozumieć, dlaczego Kanał został uznany za jeden z cudów inżynierii i myśli ludzkiej.

2. Panama Ciudad
Stolica – Panama City na pewno warta jest wizyty i trudno ją zresztą ominąć. Co prawda miasto zbudowane przez hiszpańskich konkwistadorów w XVI w. zniszczyli angielscy piraci (głównie Henry Morgan) w końcu XVII stulecia, ale nieopodal została wzniesiona nowa metropolia. Starówka, choć zaniedbana posiada wiele uroku. Niebanalne jest też nowe centrum w iście amerykańskim stylu, z wieloma wieżowcami w tle i pomnikiem Vasco de Balboa, portugalskiego żeglarza, który jako pierwszy Europejczyk ze szczytów panamskich gór zobaczył Pacyfik (1513 r.).

3. Złoty szlak i jego strażnice
Panama w czasach konkwisty pełniła rolę punktu tranzytowego złota wydartego Indianom z Południowej Ameryki. Jako, że wówczas kanału nie było, cenny ładunek transportowano na grzbietach osiłków przez panamski przesmyk. To kusiło nie tylko zresztą angielskich piratów. Od strony Atlantyku znajdują się dwa punkty, których raczej nie sposób ominąć podróżując po Panamie. To kolonialne twierdze, a właściwie ich ruiny, strzegące wybrzeża przed korsarzami. Jedna z nich, Portobello pełniła rolę portu przeładunkowego peruwiańskiego złota, a nazwę swą zawdzięcza malowniczemu położeniu w zatoce otoczonej wzgórzami. Był tutaj ponoć sam Kolumb, który zachwycony miejscem miał je tak nazwać. Pozostałości twierdzy prezentują się malowniczo, a kilkaset metrów dalej intryguje stary kościół z fascynującą czarną figurą Chrystusa. Drugi z fortów, San Lorenzo jest trudniej dostępny. Aby tam dotrzeć, należy przedostać się przez kawałek dżungli, ale nagrodą będą cudownie rozłożone nad Atlantykiem, częściowo zarośnięte ruiny zamczyska wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

4. Tajemniczy wschód
Niestety nie było mi dane dojechać do najdzikszych zakątków kraju, czyli wschodniej Panamy, niedostępnego przesmyku Darien czy też wysp San Blas. Może innym razem, a zainteresowanych odsyłam do prac Wojciecha Cejrowskiego, który spenetrował te strony. Warto!


Perła Regionu – Kostaryka

1. Dar natury
Nazwa kraju dosłownie oznacza „bogate wybrzeże” i wzięła się stąd, iż konkwistadorzy (hiszpańscy zdobywcy) znaleźli tam w 3 dekadzie XVI stulecia, trochę złotych wyrobów. Jednak już wkrótce stało się jasne, że nie było to wymarzone Eldorado, ale jakoś nazwa przylgnęła do kraju. Tak naprawdę autentycznym bogactwem Kostaryki jest przyroda, wyjątkowo hojna dla jej mieszkańców. Dwa oceany i podwójna, w ten sposób ilość piaszczystych plaż, obmywanych ciepłymi wodami (25°C), ponad 60 wulkanicznych szczytów, bogactwo zwierzyny, szczególnie bajecznie kolorowych ptaków, motyli czy żabek i być może najlepiej zachowana dżungla w całym regionie są najlepszymi tego dowodami. Ponad 10 % tego niewielkiego, 6 razy mniejszego od Polski kraju zajmują parki narodowe. Jego mieszkańcy świadomi wartości swojego bogactwa nauczyli się je cenić i też każą sobie za podziwianie tych uroków solidnie płacić. Kostarykańczycy potrafią się dobrze sprzedać, ale tej umiejętności można im tylko zazdrościć oraz przyznać, że oferta jest przednia...

2. Góry i wulkany
Jedną z wielu atrakcji tego kraju są liczne wulkany, z których kilkanaście jest aktywna. Najwyższą kulminacją jest stożek Chirippo, który liczy sobie 3820 m., ale bardziej efektowne są mniejsze: Tonorio (1800 m) czy najsławniejszy Arenal, mający niecałe 1700 m wysokości. Ten ostatni swoją renomę zawdzięcza zadziwiającej aktywności i urodzie. Klasyczny stożek wyłaniający się z płaskowyżu, od południowej strony obmywany jeziorem La Fortuna, co mniej więcej 20 minut eksploduje wylewami lawy, szczególnie efektownie prezentując się nocą. Ze wschodnich stoków wulkanu opada majestatyczny wodospad o tej samej nazwie, otoczony gęstym tropikalnym lasem. Warta polecenia jest orzeźwiająca kąpiel w jego spienionych wodach, choć zażywać jej należy z właściwą ostrożnością. Siła wody może nas powalić....

3. Lasy deszczowe
Kostaryka słynie ze swoich bogatych we florę i faunę lasów deszczowych popularnie u nas zwanych dżunglą. Najsławniejszym i największym z parków jest Santa Rosa, ale w porze deszczowej przypadającej na nasze lato praktycznie bywa niedostępny. Polecam inny wariant. Jedną z najciekawszych opcji jest spacer po zawieszonych na wierzchołkach drzew mostach i platformach umożliwiających dokładniejsze – bo z góry, podpatrzenie świata przyrody. Ale chyba najlepszą szansę daje tutaj Park Narodowy Monteverde, który można oczywiście także penetrować od dołu, z przewodnikiem informującym, co widać oraz wypatrującym co ciekawszych zwierząt niedostępnych dla nieprofesjonalnych oczu. Kostarykańską specjalnością podwyższającą poziom adrenaliny i testosteronu, jest tzw. Canopy Tour. Cóż to takiego? W praktyce jest to spuszczanie się na stalowej linie ponad koronami drzew z odpowiednim oprzyrządowaniem, z platform umocowanych pomiędzy ich wierzchołkami. Kapitalna przygoda nie tylko dla chłopaków i chyba mądrzejsza od bungy jumping....
Penetrując zakamarki kostarykańskich dżungli nie ma się oczywiście gwarancji przyjrzenia się kolorowym ptakom, motylom czy płazom, nie mówiąc o ssakach – to przecież nie ZOO – ale poświęcając temu więcej czasu, unikając pośpiechu, mamy szansę coś jednak wypatrzyć....

4. Wybrzeża i stolica
Trudno wyrokować jednoznacznie, z której strony plaże są bardziej efektowne. Atlantyckim hitem będzie np. Tortuguero, sławne z ośrodka ochrony żółwi morskich, składających tutaj jaja, kanałów i życzliwych ludzi. Strona Pacyfiku ma z kolei rafy koralowe wokół półwyspu Nicoya i rejonu Puerto Cotres (przy nasadzie innego półwyspu – Osa).

Kostaryka to zapewne najspokojniejsze i wyjątkowo stabilne państwo regionu Mezoameryki. Ale nie zawsze tak było… Do końca lat czterdziestych często zmieniały się rządy, interweniowało wojsko, a nawet doszło do wojny domowej. Ta stała się faktem za nieudanej niestety prezydentury potomka naszych emigrantów, Teodoro Picado Michalskiego (1944-1948).  Z zamętu wydobył kraj Jose Figueras Ferrer, który rozwiązał też siły zbrojne w następnym roku. Od tej pory o zmianach gabinetów decydowały demokratyczne procedury, a bezpieczeństwa kraju pilnują jednostki policji.


Stołeczne San Jose może nie rzuca na kolana, ale warto tam odwiedzić intrygujące muzeum złota poświęcone prekolumbijskim kulturom oraz bogactwie przyrody tego kraju. Niebanalną ekspozycje posiada też muzeum sztuki współczesnej. W trzecim z tego typu obiektów, Museo Nacional, można znaleźć kilka pamiątek po wspomnianym Teodoro Picado Machalskim, synu polskich emigrantów, sprawującym urząd w latach 40-tych ubiegłego wieku.
Stolica wreszcie dysponuje szeroką bazą noclegową i stanowi świetny punkt wypadowy do wszystkich zakątków kraju. W Kostaryce niemal wszędzie da się dojechać autobusami, których większość swój szlak rozpoczyna i kończy właśnie w San Jose.


Perła z trudną przeszłością - Nikaragua

1. Intrygujący wjazd
Przekraczać granicę można na różne sposoby... Najpopularniejsze, bo najprostsze są klasyczne przejścia drogowe lub porty lotnicze. Akurat do Nikaragui z Kostaryki da się też dotrzeć inaczej, wpływając rzeką z Los Chilles w środku tropikalnej dżungli do miasteczka San Carlos, którego część zbudowana została na palach. Klimaty przypominają Amazonię, a odprawa paszportowo-celna odbywa się w zwyczajnej budzie zawieszonej nad wodą. Miasteczko rozłożone na skraju wielkiego jeziora Nikaragua, stanowi ważny węzeł komunikacyjny drogowy, rzeczny, a nawet lotniczy. Na pewno pięknym nie jest, ale nie żałuję w nim wizyty. Stało się dla mnie bramą do tego ciekawego, doświadczonego ciężko przez historię kraju.

2. Na rzeką San Juan
Rzeka San Juan wypływająca z jeziora, które dało nazwę całemu państwu, choć niespecjalnie długa, jest dosyć szeroka, co najmniej dwa razy większa od rodzimej Wisły. Po około 200 kilometrach wpada do Atlantyku czy jak ktoś woli Morza Karaibskiego, wijąc się na większości odcinków wśród autentycznych lasów deszczowych, dla nas kojarzonych z dżunglą. Płynąc kilka godzin tzw. pangą, czyli długą motorową łodzią, możemy obserwować dzikie ptactwo, czasem wynurzającego się kajmana, albo skaczące po koronach drzew małpy. Mój cel stanowiła osada El Castillo, nazwana od fortu strzegącego biegu rzeki przed korsarzami i wrogami Hiszpanii, próbującymi się tą drogą dostać do serca Nikaragui. Dzisiaj senne miasteczko przeżyło wielkie chwile w 1780 r., gdy tutejsza bateria zatrzymała i zmusiła do odwrotu kilka angielskich okrętów.

Porażka Nelsona…. Wydarzenia te działy się podczas wojny o niepodległość USA, gdy Hiszpania wraz z  Francją i Holandią poparły amerykańskich kolonistów. Wypatrzyła je wyłaniające się z porannej mgły, lokalna bohaterka, Francesca Herrera. Ot, epizod historii, jednak o tyle brzemienny, że wśród atakujących znajdował się wówczas jeszcze młody kapitan, Horatio Nelson. Była to jego pierwsza w życiu i chyba jedyna tak upokarzająca rejterada.


3. Jezioro Nicaragua i jego atrakcje
Jezioro liczy sobie prawie 9000 km², zajmuje kilkanaście procent terytorium kraju i poprzez swoje rozmiary nazywane jest przez miejscowych: Cocabilca czyli słodkim morzem. Ze wspomnianego San Carlos dwa razy w tygodniu wypływa statek w kierunku Grenady, dużego miasta położonego na przeciwległym, zachodnim brzegu jeziora. Mija on archipelag maleńkich w większości wysepek Solentiname, słynący z lokalnych twórców sztuki naiwnej w stylu Nikifora, zmierzając do największej wyspy gigantycznego zbiornika wodnego – Ometepe. Ów kawał lądu ma wulkaniczne korzenie. Z toni jeziora przed milionami lat wyłoniły się dwa stożki, Concepcion i Maderas, które wskutek wycieków lawy połączyły się ze sobą. To fascynujące miejsce. Wśród skalnych, rumowisk, w zastygłej lawie nieznana bliżej cywilizacja prekolumbijska pozostawiła po sobie tajemnicze petroglify czyli inskrypcje, z których najstarsze sięgają ponad 2500 lat. Młodsze, ponieważ ponad tysiącletnie są zagadkowe kamienne rzeźby, wyobrażające zapewne bóstwa, ni to ludzi, ni zwierzęta. Nic w sumie o ludziach, którzy pozostawili te ślady po sobie nie wiemy.... Dodatkowym atutem wyspy jest jej dziewicza przyroda, mała dostępność, oryginalne, czarne-powulkaniczne, mało turystów – zwyczajnie nie jest „zdeptana”, co czyni ją szalenie atrakcyjną. Dociera się tam tylko stateczkami, nie aż tak często kursującymi. Podróż należy, więc tam dobrze zaplanować, ale nie pożałujecie. Przygoda porównywalna do pewnego stopnia z Wyspą Wielkanocną!

4. Grenada i okolice
Najładniejszym miastem Nikaragui jest bez wątpienia stara, kolonialna Grenada. Przecinające się pod kątem prostym ulice kryją skarby architektury XVI-XVII w. Szczególnie polecam panoramę z wież kościelnych oraz wizytę w klasztorze franciszkańskim, gdzie znajduje się interesujące muzeum z licznymi indiańskimi znaleziskami znad wielkiego jeziora, w tym i Ometepe oraz nieodległej Zapatery. W okolicach, na uwagę zasługuje Park Narodowy wulkanu Masaya, na którego szczyt prowadzi dosyć wygodna droga, nawet na długim odcinku, przejezdna.

5. Brzydka stolica
Powiedzmy szczerze – Managua jest brzydka, a miejscami ohydna, a nawet i groźna po zmierzchu. Na uwagę zasługują ruiny starej katedry, zniszczonej przez trzęsienie ziemi, Muzeum Narodowe, jak również plac, na którym odbywały się msze papieskie podczas historycznych dwóch wizyt Jana Pawła II w tym kraju. Upamiętnia ten fakt potężny monument w kształcie marmurowej iglicy. Można także zwiedzić dawny pałac prezydencki dyktatora Somozy i rzucić okiem na kontrowersyjny gmach nowej katedry, który przypomina laboratorium fizyczne. W środku miasta nie brak innych, niezależnie od katedry, zniszczeń od czasu  nieodległego przecież w czasie trzęsienia ziemi w 1998 roku. Zastanawiają puste place i ruiny domów. Miasto leży na pasie sejsmicznym i niewykluczone, że coś takiego może się powtórzyć.

i niebezpieczna.
Niestety, Managua nie cieszy się dobrą reputacją i to zasłużona – przykro powiedzieć, opinia. Nawet ranki bywają tutaj niebezpiecznie, a zorganizowane gangi i drobni przestępcy nadają ton w poszczególnym dzielnicom. Często policjanci wolą siedzieć w komisariatach i nie wychylać nosa. Beata Pawlikowska, czyli znana nam wszystkim Blondynka ma tutaj bezwzględną rację. Potwierdzam – sam spałem kilka metrów od jednego z  dworców autobusowych,  z duszą na ramieniu.


6. Gniazdo sandinistów
Trudno zrozumieć współczesną Nikaraguę nie pamiętając, że jej historia to pasmo albo obcych, głównie amerykańskich interwencji wojskowych (nawet w XIX w. gdy kraj na krótko ujarzmił awanturnik Walker), wojen domowych oraz dyktatur. Najstraszliwszą były rządy dynastii Somozów pomiędzy 1926 a 1979 r. , obalone przez rewolucje sandinstowską, która z kolei wprowadziła marksistowskie porządki. To z  kolei doprowadziło do powstania antyrządowej partyzantki zwanej contras, popieranej przez USA. Lokalni komuniści za patrona przyjęli w sposób uzurpatorski bohatera walki z amerykańską interwencją i siłami starego Somozy. „Nowy ład” oznaczał początek kolejnej wojny domowej. Przeciwników wspierały Stany Zjednoczone. Te obawiały się drugiej Kuby w Ameryce Środkowej. Gdy zabrakło wsparcia z Moskwy i Kuby, sandiniści zgodzili się oddać władzę i demokratyczne wybory w 1990 r. Przegrali, ale nadal są liczącą się siłą polityczną, której bastionem jest sympatyczne, stare kolonialne miasto Leon. Nie posiada ono może uroku Grenady, ale ciekawe są jego muzea i galerie, a także swoisty lewacki klimat. W mieście został przeprowadzony udany, w sumie, zamach na jednego z  Somozów, konkretnie Anastasio seniora, w 1956 r. Tutaj też mieszkał nagrodzony literackim Noblem poeta Ruben Dario (pierwsza połowa XX w.) i w jego rezydencji znajduje się muzeum. Ciekawa jest też XVIII- wieczna katedra.


Maluch o tragicznym często losie czyli Salvador

1. Trudna historia i geografia
Ten najmniejszy z krajów całego regionu – liczący tylko 21 tys. km² i gęsto zaludniony – z ponad 6 mln dusz, nie był oszczędzany przez zawirowania historii oraz geografię. Od momentu uzyskania niepodległości w 1821 r. rządzony najczęściej w sposób autorytarny, stał się w 2 połowie XX w. areną okrutnej wojny domowej pomiędzy lewicową, prokubańsko i prosowiecko zorientowaną partyzantką (FMLN), a prawicowym rządem wspieranym przez USA. Niewątpliwie i tutaj dotarły podmuchy zimnej wojny, a konflikt wewnętrzny do pewnego stopnia stanowił jej odprysk. Obie strony stosowały terror, którego nie da się niczym usprawiedliwić, jak np. ludobójstwa ze strony sił rządowych w 1981 r., gdy komandosi wymordowali mieszkańców, łącznie z dziećmi, wsi Mozote, za wspieranie rebeliantów. W 1992 r. doszło szczęśliwie do zawarcia pokoju, ale pokłosiem konfliktu jest bandytyzm i powszechność posiadania broni. Jakby mało było tych akurat nieszczęść, Salvador stał się również sławny z racji absurdalnej wojny z Hondurasem w 1969 r., zwanej futbolową. Pretekstem były rozgrywki do finałów mistrzostw świata, a spory graniczne (Honduras zagarnął skrawki sąsiada) z tego czasu nie zostały do dzisiaj jeszcze rozwiązane.
Także geografia nie rozpieszcza Salwadorczyków. Liczne wulkany oraz położenie na płycie tektonicznej dają w efekcie dużą częstotliwość trzęsień ziemi oraz erupcji. Mimo wszystko życie toczy się dalej, bo zwyczajnie musi...

2. Groźna stolica
Ponad dwumilionowy San Salvador nie należy do grona specjalnie ciekawych czy urodziwych miast. Wielki zatłoczony i często zakorkowany moloch po zmierzchu i nocą bywa groźny. Tutaj najsilniej dają o sobie znać długofalowe skutki wojny domowej. Przestępczość, napady z bronią w ręku i największa ilość morderstw – wykazują statystyki oraz potwierdzają ci, którzy siedzą tam dłużej. Także zanieczyszczenie powietrza przekracza wszelkie normy i chyba tylko miasto Meksyk, ma tutaj, w Ameryce Środkowej gorsze pod tym kątem wyniki. Rzucają się w oczy kontrasty. Na chodnikach śpią dzieci ulicy, a zarazem w stolicy znajduje się olbrzymi shoping mall w amerykańskim stylu, Metrocentro, ponoć największy w regionie (!?-tak piszą....).Oczywiście i w San Salvador znajdą się jakieś godne oka atrakcje. To przede wszystkim położenie u stóp wulkanicznych szczytów. Na jeden z nich, San Jacinto, prowadzi kolejka linowa, a ze szczytu rozpościera się piękna panorama o skali 360º . Szczególnie interesujący wydaje się widok w stronę wulkanu San Vincente i jeziora Ilpontanago, na północ od salvadorskiej aglomeracji.
Kilka potężnych obiektów publicznych zwraca uwagę, głównie gmach parlamentu oraz katedra. Dla nas może wydać się ważne, że jedna z najważniejszych arterii miasta nosi nazwę Avenida Juan Pablo II, szanownego i kochanego niemniej niż u nas, co nieraz odczułem w rozmowach ze zwykłymi ludźmi.

3. Między San Miguel a Perquin

Wojna domowa w Salwadorze. Od połowy lat siedemdziesiątych XX w. w tym państwie straszliwych kontrastów, nierówności i przemocy, trwała wojna domowa pomiędzy lewicowym FMLN, czyli Frontem Wyzwolenia Narodowego im. Farabundo Marti (lider socjalistyczny zamordowany przez siły rządowe w latach trzydziestych) a skrajnie prawicowym rządem. Wpływowy Kościół rzymsko-katolicki usiłował mediować, ale sam czasami bywał na celowniku, czego dowodzi zabójstwo arcybiskupa Romero czy kilku amerykańskich zakonnic przez skrajnie prawicowe bojówki. W 1992 r. udało się doprowadzić do porozumienia, m.in. legalizacji FMLN. Front stał się partią, która zajmuje po rządzącej konserwatywno-chadeckiej ARENIE drugie miejsce (wybory  od 1997).


Na wschodzie kraju nieopodal miasta San Miguel i wulkanu o tej samej nazwie ku granicy z Hondurasem rozpościera się prowincja Morazan. Kto wie, czy to nie najbardziej atrakcyjna część tego w sumie „brzydkiego kaczątka” (proszę bez skojarzeń!) regionu. Pogranicze to góry sięgające ponad 2300 metrów, pokryte w większości lasem deszczowym. W niedawnej przeszłości były kryjówką partyzantów z FMLN. Rolę nieformalnej stolicy lewicowej rebelii pełniło miasteczko Perquin, dzisiaj stanowiące coś w rodzaju bazy wypadowej, powiedzmy dosyć ubogiej w turystyczną infrastrukturę w okolicy. A jest poczym wędrować. Zachęcają góry, widoki i przełomy rzeki Sapo (dosłownie żaby...). Ciekawe jest muzeum ruchu FMLN i ślady niedawnej jeszcze wojny, np. we wspomnianej wsi Mozote, dokąd „pielgrzymują” lewacy nie tylko z Salvadoru. Wreszcie, a może przede wszystkim ludzie, niesamowicie gościnni, życzliwi, choć zapracowani i w większości wiążący z trudem koniec z końcem. Są ciekawi nielicznych przybyszy, otwarci i nie dotarła tam jeszcze wszechobecna na świecie komercja. Kto wie czy to dla nich nie warto pofatygować się do Salwadoru.


Po prostu Honduras...

1. Tegucigalpa, czyli stolica
Położona na płaskowyżu zajmującym centrum kraju, wciśnięta w dolinę pomiędzy pasmami górskimi stolica ma przyjemniejszy dla nas, przybyszy z Europy, klimat. Nie jest duszno i da się żyć! Szczerze mówiąc, miasto nie jest najpiękniejsze. Nie znaczy, że nie warto w nim w ogóle się zatrzymać. W sumie trudno je ominąć, stanowi też doskonały węzeł komunikacyjny. Urokliwa jest barokowa katedra oraz widoki miasta z okalających go wzgórz. Ciekawe są najbliższe okolice stolicy. Wypadałoby skoczyć do położonej na wysokości ponad 200 m St. Lucii, pięknego kolonialnego miasteczka z zabudową z XVI i XVII w. wreszcie nie sposób ominąć duchowej stolicy kraju – Suyapy, bazyliki ze słynną maryjną rzeźbą, patronki nie tylko kraju, ale i całej Środkowej Ameryki…


2. Wschodni przyczółek cywilizacji Majów
W zachodniej części kraju, już blisko gwatemalskiej granicy, znajduje się punkt którego nie powinno w Hondurasie się ominąć. To Copan, jedno z najważniejszych miast cywilizacji Majów. Powstało pomiędzy V a VII w. naszej ery i wyróżnia się świetnie zachowanymi rzeźbami, inskrypcjami i bogato zdobionymi stellami. Nie brakuje kilku piramid i typowego dla Majów boiska do gry w pelotę. Zajmuje stosunkowo niewielki obszar i łatwo je obejść, dokładnie przyglądając się tym wspomnianym cudom architektury.


3.Karibe albo koralowe wyspy i wybrzeża północy
Największą chyba jednak atrakcję Hondurasu stanowi wybrzeże Morza Karaibskiego. Kilometry piaszczystych plaż, rafy koralowe i zarazem koralowe wyspy z takimi cudami natury jak Raotatan czy Cayos Cochinos, fascynujący ludzie i kultura Garifuna mogą niejednego zachwycić. Dopełnieniem marzeń o letniej, karaibskiej przygodzie są czyste, klarowne, seledynowe i błękitne wody okalające koralowe wyspy. Bazami mogą być tutaj La Ceiba, dosyć ładna i czysta oraz mniejsza Tela. W tej pierwszej pewien jegomość ma prywatne muzeum motyli z bodajże największą kolekcją na świecie... Ponad 30 tysięcy! Jeden gigant ma rozpiętość skrzydeł 30 cm! Dokoła Ceiby rozpościerają się wielkie plantacje ananasów. Miłośnicy górskich wędrówek też tutaj coś dla siebie znajdą. Zaprasza w swoje podwoje Park Narodowy Pico Cuero a Salado. Gorąco, parno, ale po drodze wodospady, gdzie można się orzeźwić oraz cudowne widoki ponad poziomem dżungli, gdzie też z racji wysokości (ok. 1800-2000 m) bywa chłodniej.


Gwatemala 

TROCHĘ O PRZESZŁOŚCI
Najludniejsze z państw regionu podobnie jak ich większość historia nie rozpieszczała. Poza krwawym epizodem konkwisty w XVI w. w niepodległym już kraju do lat osiemdziesiątych już ubiegłego stulecia władzę zazwyczaj sprawowali wojskowi, dla których terror był tak jak „kromka chleba” standartową metodą rządzenia. Tradycyjne konflikty pomiędzy lewą a prawą stroną życia politycznego w dobie zimnej wojny przerodziły się w tlącą się ponad 25 lat wojnę domową, co też nie stanowiłoby czegoś wyjątkowego w regionie. Guerilla czyli rebelia bazowała głównie na rejonach zamieszkanych przez potomków licznych tutaj Majów, których bezwzględni, bezkarni, latyfundyści ufni w protekcje rządu, usuwali z gruntów. Dla komunistów mogła to być wymarzona sytuacja. Dopiero na początku lat 90-tych konflikt się zakończył, co pośrednio wiązało się z ociepleniem sytuacji międzynarodowej. Odpryskiem tych niespokojnych czasów jest fakt, że w niektórych rejonach kraju bandytyzm jest problemem, szczególnie w stolicy oraz górskich rejonach w zachodniej części kraju. Nie zmienia to faktu, że Gwatemala jest odlotowo piękna i byłoby błędem ominąć ja na trasie wędrówki.

TIKAL I NIE TYLKO…
W tym stosunkowo niedużym kraju jest ich kilka. Zacznijmy od zagubionego w dżungli, najbardziej chyba tajemniczego miasta Majów, Tikal na północy Gwatemali. Majestatyczne ruiny i wynurzające się z plątaniny drzew, piramidy szczególnie ekspresyjnie prezentują się dwa razy w ciągu dnia. Pierwszy raz o wschodzie słońca oraz po raz wtóry gdy zapada zmierzch i zwierzęta biorą we władanie królewska niegdyś siedzibę. Z czarnej czeluści lasu deszczowego rozpoczynają swój koncert owady, ptaki, zwłaszcza skrzeczące papugi i wyjce rude. Po kamiennych blokach suną cenie małp. W ciągu dnia zobaczymy zapewne więcej, ale nie ma tej magii, o którą trudno wśród tłumu wrzeszczących często turystów kręcących się wokół najsławniejszych i największych obiektów. Szczęśliwie można od zbiegowiska uciec, odchodząc w bok np. od świątyni Jaguara (na szczycie imponującej piramidy).
Szkoda, że dojazd jest kłopotliwy – albo cały dzień autobusem ze stolicy albo samolotem i busikiem, co trwa krótko, ale co zrozumiałe bije „nieco” po kieszeni.
Jedną z największych atrakcji kraju stanowi stare kolonialne miasto, niegdyś stołeczne, Antigua (dosłownie „stara”) Gwatemala. Już samo położenie pod wulkanem, szczęśliwie uśpionym, jest naprawdę piękne. Architektura barokowych i późnorenesansowych kamieniczek i kościołów z bogato zdobionymi wnętrzami, zachwyca. Nawet ruiny klasztorów zniszczonych przez trzęsienie ziemi w połowie XVIII w. posiadają nieodparty urok.
Stosunkowo niedaleko Antigui rozpościera się wciśnięte pomiędzy grupę kilku uśpionych wulkanów urocze malownicze jezioro Altitlan. Ich aktywność wyraża się w zastrzykach ciepłej wody tryskającej z kilku źródeł spod dna jeziora. Nad jego brzegami rozsiadło się kilka indiańskich osad słynących z rękodzieła i kolorowych tkanin o oryginalnym wzornictwie. Dla miłośników wspinaczek okolice mogą wydawać się bardzo atrakcyjne. Organizowane są treki z wejściem na wulkaniczne szczyty sięgające nawet do czterech tysięcy metrów z pewnym „hakiem”.
Miłośnicy dziewiczej przyrody i pięknych karaibskich plaż powinni udać się nad Rio Dulce i jezioro Izabel. Brzegi porasta dżungla z bogata florą i fauną. Można w wodach wpadających do Atlantyku wypatrzyć rzadkie manaty, czyli ssaki podobne do delfinów. Już w samej rzece i lasach doń przyległych podczas organizowanych wycieczek są szanse zobaczenia tapirów, kolorowych ptaków, w przy wyjątkowym szczęściu nawet i wielkiego kota, w postaci jaguara, czy ocelota. Pamiętajmy jednak – to nie Zoo, trochę cierpliwości! Należy na pobyt tam zarezerwować kilka dni...

Stolica – Guatemala city (ciudad), nie należy do grona najpiękniejszych miast, ale zasługuje na krótki choć pobyt. Problemem może być nienajlepsza reputacja z  racji rozpowszechnionej tutaj przestępczości. Konieczność przeniesienia ośrodka administracji do nowego miejsca powstała wskutek następstw tragicznego trzęsienia ziemi w XVIII w., gdy szkód doznała dzisiejsza Gwatemala Antigua. Robią pewne wrażenie szerokie bulwary oraz monumentalny pałac prezydencki,   początków XX w. Do dekoracji użyte zostały włoskie marmury, czeskie szkło i kryształy oraz złocenia. Można zwiedzać – i to bezpłatnie, ale za okazaniem dokumentów.

Stolica pozostaje głównym węzłem komunikacyjnym kraju i jego najważniejszym punktem wjazdowym.


Wielki luz czyli Belize

ANGIELSKI PRZYCZÓŁEK
Belize stanowi niewątpliwie anglojęzyczną wyspę w iberyjskim oceanie, wśród hiszpańskojęzycznych sąsiadów. Anglicy te obszary wydarli Hiszpanom w końcu XVIII w. i nazwali Hondurasem Brytyjskim. Czas przynależności do British Empire dokładnie przemielił skład etniczny mieszkańców. Dzisiaj to klasyczna, „tęczowa” brytyjska mieszanka. Obok Kreoli, Metysów i Murzynów sporo tutaj Chińczyków i Hindusów. Nie może też zabraknąć Indian. Ten melanż etniczny, rasowy i kulturowy fascynuje. Dominuje nurt karaibski i rastafariański, co szczególnie uwidacznia się w muzyce i strojach. Rzuca się również w oczy wszechobecny luz i pogoda ducha 250 tysięcy mieszkańców. Prawie nikt się nie śpieszy, co poniekąd uwarunkowane jest tropikalnym, rozleniwiającym klimatem. Panuje porządek, co z kolei chyba stanowi część brytyjskiego dziedzictwa. Przypomina o nim też głowa królowej Elżbiety na lokalnych, dolarowych banknotach.

NIE TYLKO RAFA
Największym atutem tego niewielkiego państwa (23 tys. km²) jest przyroda. Należałoby chyba zacząć od rafy koralowej, drugiej co wielkości po australijskiej. Ci, co widzieli wiedzą, a ci co jeszcze nie zdążyli, a zobaczą, domyślają się, że piękna podwodnego świata nie da się łatwo opisać. Brakuje słów. Bajecznie kolorowe ryby i ukwiały, wąwozy czy raczej kaniony utworzone z raf zachwycić oraz skruszyć serca muszą nawet i tych co wrażliwość posiadaliby hipopotama. Rafy i wystające z niej wysepki zwane popularnie cayami ciągną się wzdłuż całego wybrzeża i są stosunkowo łatwo dostępne.
Także wnętrze Belize kryje cuda natury, jak zamieszkałe przez liczne zwierzęta tropikalne lasy i dżungle, ciągnące się wzdłuż zadziwiających w tym małym kraju szerokich i potężnych rzek, szerszych od Wisły. Ze wzniesień porośniętych lasem deszczowym spływają z hukiem malownicze wodospady.
Zabytków zbyt wiele w tym kraju nie ma, ale i tutaj znajdziemy kilka miast Majów z Lamanai na czele. Już sama do niego droga łódką poprzez dżunglę może się spodobać. Niebrzydkie jest też największe miasto Belize City, od którego pochodzi nazwa państwa. W centrum nie brakuje interesujących kolonialnych budynków z XIX w. Miasto trudno na trasie ominąć, choćby dlatego, że stanowi główny węzeł komunikacyjny kraju. Stolica – Belompan to prawdziwa dziura, licząca kilka tysięcy mieszkańców, przy której nawet Grójec, Pcim czy Garwolin posiadają cechy wielkomiejskie.
Przyznam się, że Belize okazało się dla mnie odkryciem i zapragnąłem tam jeszcze zawitać, poczuć jego klimaty. Pobiec na plażę i zwyczajnie poleżeć w hamaku.


Informacje praktyczne

Wyprawa do Ameryki Środkowej była pewną całością. Trwała 45 dni. Podam jej detale techniczne i podstawowe ceny:

  • Przelot – tzw. open jaw (dosłownie „otwarte szczęki”) na trasie Warszawa – Paryż – Caracas – Panam City a powrót z innego miejsca, dokąd należało dotrzeć w dowolny sposób, w moim przypadku konkretnie Mexico City – Amsterdam – Warszawa wynosił ok. 1000 $. Pamiętajmy jednak, że podróż odbywała się w tzw. wysokim sezonie.

  • Z kraju do kraju przemieszczałem się różnie, w ogóle logistyka stanowiła główny problem tej wyprawy. Najczęściej były to autobusy. Taki międzypaństwowy kurs zazwyczaj wynosił 25 $. Zdarzały się też wypadki podjechania pod granicę pick – upem (ok. 80 $), czyli wynajętym samochodem z kierowcą, a potem przekroczenia jej pieszo. W jednym przypadku (Kostaryka – Nikaragua) granica została pokonana wynajętą prywatnie łodzią motorową. Kosztowało to 90 $ na 3 osoby. Z tego co wiem można tę przeszkodę przepłynąć za mniejsze pieniądze, ale nam się śpieszyło. Stateczek pełniący rolę transportu publicznego przewoził ludzi tylko o 11.00 z Los Chilles do San Carlos.

  • Sposoby poruszania po krajach tego regionu są różne: autobus – najczęściej; łodzie i stateczki – w Nikaragui często, w Belize podobnie, okazjonalnie w Kostaryce, taksówki i wynajęte samochody – wszędzie po trochu, autostop - rzadko, samolot – raz w Kostaryce, bo choć niewielki to kraj ów lot poważnie przyśpieszył transfer z półwyspu Nicoya do San Jose (lot kosztował 66 $). Samolot może być użyteczny w Hondurasie, aby dotrzeć do wysp na Morzu Karaibskim oraz w Nikaragui ze względu, że na wschód kraju trudno się przedostać drogą lądową. Alternatywą tutaj będzie transport rzeczny...

  • Wybór noclegu, co nie jest żadnym zaskoczeniem zależy od zasobności portfela. Na drodze spotykałem różne i „różniaste” opcje. Chyba najprzyjaźniejszą cenowo jest Nikaragua, a potem mało odwiedzany Salwador. Za 5-10 $ (od osoby) mamy już jakieś godziwe warunki. Niekoniecznie oznacza to zawsze łazienkę w pokoju. Na wyspie Ometepe, która okazała się odkryciem nocowałem nawet za 4 dolary od osoby w pewnym spartańskim, ale sympatycznym pensjonacie nazywającym się Ortiz. Od 20 $ za pokój są już szanse znalezienia pokoju z toaletą. Niezwykle bogatą bazą dysponuje niewielka Kostaryka, ale tutaj turystyka jest narodowym biznesem. Podana średnia jest wyższa w Panamie oraz w Belize, ale i tam da się przeżyć. Pomijam oczywiście najbardziej luksusowe hotele – te zazwyczaj wszędzie są drogie.

  • Wyżywienie nie jest problemem. Na ogół bywa tańsze niż u nas lub na tym samym poziomie.

  • Na końcu sprawa waluty, w której dokonujemy płatności. Szczerze mówiąc, we wszystkich tych krajach spokojnie można płacić dolarami. W Panamie i w Salwadorze stanowią one nawet oficjalny środek płatniczy i nawet bankomaty wypluwają ze swoich trzewi USD. W Kostaryce z kolei nie jest problemem w banku zażądać dolarów i niektóre bankomaty dokonują także takowych operacji. Na wszystkich granicach funkcjonują tzw. money changerzy potrząsający plikami banknotów. Ci odpowiednicy cinkciarzy pracują legalnie i nie należy specjalnie ich się obawiać. W sytuacjach awaryjnych warto skorzystać z ich usług, szczególnie gdy zostaje nam trochę niepotrzebnej lokalnej waluty. W Kostaryce są colony (1 $=475 c), w Nikaragui kordoby (1$=16,3 kordob), w Gwatemali kecale (1$=7,3 kecali), a w Belize miejscowe dolary (1$=2 B$).

 

 

Nasi Partnerzy

 

Copyright ©  Turystyka Kulturowa 2008-2024


Ta strona internetowa używa pliki cookies w celu dostosowania serwisu do potrzeb użytkowników i w celach statystycznych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Brak zmiany tych ustawień oznacza akceptację dla cookies stosowanych przez nasz serwis.
Zamknij