Główna :  O nas :  Impressum :  Literatura  :  Dla autorów :  Archiwum :  Publikacje :  Kontakt :  turystykakulturowa.ORG

 

Data wydania 29 kwietnia 2010, redaktor prowadzący numeru: Armin Mikos v. Rohrscheidt

Numer 5/2010 (maj 2010)

 

Itinerarium

 
 
Kapitol
Casa Rosada
Dzielnica La Boca
Stadion La Boca
Teatr Colon
Grób rodziny Duarte w Recoleta Cementario, w tym Evity w prawym dolnym rogu
Grób emigrantów polskich w Recoleta
Tango show
Ogrody w Palermo-japoński
Ogród w Palermo projektu Wysockiego
Misiones, San Ignacio
czołówka lodowca Perito Moreno
Iguacu
Tren de las nubes


Argentyńskie refleksje i Wielka Woda. W Paryżu Ameryki Południowej czyli Buenos Aires

Michał Jarnecki

Buenos Aires dosłownie oznaczałoby dobre wiatry i chyba takowymi one były, gdy Hiszpanie zakładali tę osadę u ujścia wielkiej rzeki La Platy w 1536 r. Przejściowo, pod wpływem oporu wojowniczych plemion indiańskich, musieli ja opuścić, ale ich po zupełnym niemal wytrzebieniu, w latach 50-tych XVI stulecia powrócili tu już na stałe. Z racji korzystnego położenia, potem zaś także stołecznej pozycji miasto nieustannie się rozrastało, aby w naszych czasach osiągnąć około 8 mln. mieszkańców i skupiać w ten sposób ¼ populacji całej Argentyny. Rozdęte przedmieścia otaczają grubym pierścieniem handlowe i administracyjne, niezmiernie szykowne centrum. Przecina je szeroka na bez mała 150 metrów reprezentacyjna arteria, dla pieszych, próbujących ja pokonać na światłach, będąca niekiedy przekleństwem, nosząca nazwę Avenida de 9 Julio. Wieńczy ją obelisk, przypominający gigantyczny ołówek, wzorowany na egipskich rodem z Luksoru, choć pewnie w tym przypadku natchnieniem stał się paryski Plac Zgody. Obelisk, jak i sama ulica upamiętnia datę śmierci wyzwoliciela, jak tutaj mówią „Libertadora” - Jose San Martina.
Z kolei sercem stołecznego centrum jest tzw. Plaza de Mayo, czyli po naszemu Plac Majowy, upamiętniający datę ogłoszenia niepodległości (25.05.1810). Nie brak przy nim reprezentacyjnych budowli, w tym i pamiętających czasy kolonialne, ale niewątpliwie oprócz katedry kryjącej szczątki Libertadoara, uwagę przykuwa różowy, podłużny gmach w eklektycznym stylu, stojący wśród palm we wschodniej jego części. To Casa Rosada, pałac prezydencki, którego niewielki fragment pełni rolę muzeum. Interesujące, że popołudniami (o ile nie ma oficjalnych wizyt zagranicznych) pałac można zwiedzać z przewodnikiem, za okazaniem paszportu bądź innych dokumentów identyfikacyjnych. A sam w sobie jest intrygujący. Wnętrza kapią tu przepychem na miarę arystokratycznych europejskich rezydencji, a większość materiałów, w tym różnokolorowe odmiany marmurów, ale i meble, żyrandole, szkła czy zastawy stołowe sprowadzono w 2. połowie XIX z Europy. Casa Rosada była świadkiem wielu dramatycznych momentów w niedługiej w sumie historii argentyńskiego państwa i narodu. Zmieniali się często gospodarze obiektu, szczególnie, gdy do władzy dochodzili drogą przewrotów wojskowi.

W Casa Rosada dopełniła się też tragedia uwielbianej przez tłumy, charyzmatycznej i do dzisiaj czczonej przez wielu małżonki populistycznego prezydenta, Juana Domingo Perona, Evy z domu Duarte, znanej bardziej jako Evita. Za życia budziła ona skrajne emocje – była zarówno kochana jak i znienawidzona przez część elit. Umarła w pałacu 26.07.1952 r., w wieku 33 lat. Ponoć stało się to o 20.25, w godzinę jej ślubu z - wtedy jeszcze generałem - Peronem. W sławnym musicalu grająca ją Madonna, właśnie stąd odśpiewała znany na cały świat przebój „Don’t cry for me Argentina”... podczas gdy na placu jak wówczas stały tysiące statystów w skupieniu, oddającym autentyczny nastrój żałoby.

W ścisłym centrum, niedaleko od Placu Majowego, wznoszą się ściany wielkich, reprezentacyjnych budynków, duchem i stylem przypominających Paryż z przełomu stuleci XIX - XX w. Jeśli się dobrze przyjrzeć, znaleźć można niemało przykładów doskonałej secesji. Dwie ulice przekształcono w handlowe deptaki, wijące się pomiędzy kanionami wysokich gmaszysk i lokalnych drapaczy chmur. Niektóre z domów towarowych nie ustępują stylem, zawartością i elegancją nowojorskiemu Manhattanowi, londyńskiemu Harrodsowi czy tokijskiej Ginzie. Szczególne wrażenie robi Galeria Pacifico przy deptaku Florida.
Imponować może monumentalny gmach parlamentu, zwanego tutaj Kongresem. Uwagę gościa zwraca także stare metro z początku XX w. z wieloma secesyjnymi stacjami. Wiele z wagoników służy nadal od kilkudziesięciu lat, przypominając wysłużone, najstarsze poznańskie tramwaje. Najwięcej kolonialnej architektury zachowało się w dzielnicy San Telmo, gdzie przy okazji sporo jest lokali specjalizujących się w pokazach tanga, tańca będącego swoistą esencją argentyńskiej duszy i kultury, a także znakiem firmowym kraju. Na Plaza Dorrego w niedzielne popołudnia i wieczory organizowane są publiczne pokazy tanga w wykonaniu wschodzących gwiazd czy młodzieży. Są one nie do końca darmowe - ponieważ tancerze zbierają datki. O wiele większe kwoty zapłacić jednak musimy w barach, klubach czy hotelach organizujących tango-show. Polecałbym bardziej kameralne, jak np. Bar el Sur. Bywali tam S. Connory, B. Clinton, Madonna...
Będąc w Buenos nie sposób nie zajrzeć do portowej dzielnicy o nieco dwuznacznej sławie, skupiającej potomków włoskich emigrantów, La Boca. W tym skupisku starych, stopniowo zamykanych (rzadziej modernizowanych) doków, rzeźni, chłodni, magazynów niemało też jaskrawo kolorowych domków, częstokroć poobijanych malowaną blachą. Sercem tej dzielnicy jest sławny deptak Caminito, gdzie lokalni artyści prezentują swoje grafiki i obrazy, a z okien pobrzmiewają rytmy... oczywiście tanga. Wkroczyła tutaj na trwałe komercja, ale coś z ducha dawnej Boca jeszcze pozostało. Kilkaset metrów od Caminito wznosi się bryła stadionu świetnej piłkarskiej drużyny, wylęgarni takich talentów jak Maradona, czy Batistuta. Fanami zespołu Boca Juniors są nie tylko mieszkańcy tej dzielnicy, ale sporej części całego kraju. Derby stołecznych drużyn; Boca i Riversite stają się wydarzeniem, które spycha na bok najpoważniejsze polityczne sprawy...
Urokliwym zakątkiem jest też niewątpliwie Puerto Madero, gdzie w odnowionych starych magazynach portowych znalazły swoją lokalizację eleganckie restauracje, kluby czy banki.
Aby odpocząć od zgiełku wielkiej metropolii, warto zatrzymać się na pół dnia choćby w dzielnicy Recoleta, i tu pospacerować pomiędzy zabytkowymi budowlami i alejkami cmentarza zasłużonych i sławnych Argentyńczyków. Tam m.in. znajdziemy grób legendarnej Evity Peron. Świeże kwiaty i lampki są przy nim każdego dnia. Nie brak i tam grobów polskich emigrantów.
Pełny relaks znajdziemy w rozległych i pięknych ogrodach w dzielnicy Palermo. To elegancka część stolicy. Słynie też z uroczych parków, w tym - oddającego smak oryginału – parku japońskiego. Na ulicy często słychać włoski, co nie powinno dziwić: przecież to południowoamerykański bastion włoskiej emigracji.

Większość z publicznych parków Palermo zaprojektował w 2 połowie XIX w. polski uchodźca, jeszcze z powstania listopadowego, inż. Czesław Jordan Wysocki. I to nie koniec tutejszych poloniców. Ulicami centrum spacerował przez wiele lat, nawiedzając kawiarenki w okolicach Floridy i Majowego Placu, wybitny emigracyjny pisarz, Witold Gombrowicz. Krajowe zaś lotnisko, zaraz za Palermo, nosi nazwę Jorge Newberry. Tak naprawdę ów argentyński baloniarz i oblatywacz zwał się Jerzy Tomaszkiewicz, i był synem polskich uchodźców. Ze względów praktycznych (polskie „sz”....., diablo trudne!) przybrał on nazwisko swej angielskiej żony.

Stolica podniosła się - jak i kraj - z gospodarczej zapaści początku XXI stulecia. Miasto żyje, a ludzie mimo szarości tańczą (i słuchają…) w rytm płynącego z ulicznych głośników tanga, do którego zawsze trzeba co najmniej dwojga....
Ceny w stolicy może są nieco wyższe od tych na prowincji, ale w restauracjach kształtują się mniej więcej na polskim poziomie, a jego jakość jest wyborna, szczególnie tutejszej wołowiny czy owoców morza. Najlepsze dania serwują (ale tanio nie jest tam na pewno) w Puerto Madero oraz w Recoleta. Nie brak też supermarketów z ogromnym wyborem i przystępnym cenami.

Tango show kosztuje mniej więcej od 10 do 40 $ od osoby, w zależności od sławy miejsca, posiłku, który czasem jest obligatoryjnie wliczany, bądź udzielanego instruktażu.

Południowa Patagonia – lodowiec Perito Moreno
Południowa Patagonia, krajobraz po obu stronach argentyńsko-chilijskiej granicy, obfituje w urocze zakątki, które można bez przesady zaliczyć do przyrodniczych cudów świata. Do chilijskich fordów, lodowców i ziem przyległych do Cieśniny Magellana warto jeszcze kiedyś w przyszłości powrócić. Teraz jednak proponuję rzucić spojrzenie na najbliższe strony argentyńskiego miasteczka Calafate w prowincji Santa Cruz. Dojazd tam poza sezonem (przypadającym na nasze zimowe czy jesienne miesiące: południowa półkula, czyli odwrócone pory roku!) może sprawić pewne problemy. Na szczęście, rzadko bo rzadko, coś tam jedzie z największego miasta południowego Santa Cruz, Rio Gallegos, gdzie siadają samoloty najważniejszych linii. Calafate zasiedlone jest głównie przez potomków emigrantów z zachodniej i środkowej Europy. Architektura zdominowana przez niewielkie domki bardziej przypomina Skandynawię niż Amerykę Łacińską. Osada żyje dzięki turystyce, a celem odwiedzin zarówno „tubylców”, jak i liczniejszych pewnie cudzoziemców są wyjątkowej urody, choć niespecjalnie tu wysokie w porównaniu do terenów położonych bardziej na północ, Andy i lodowce. W odległości mniej więcej 80 km w kierunku zachodnim rozpoczyna się Nacional Parco de los Glaciares. Wśród wielu narodowych parków wielkiej Argentyny, zajmuje on poczesne miejsce. Na fakt ten składają się przy tym nie tylko olbrzymie jego rozmiary (5000 km kwadratowych), lecz także niezwykłe formy, które tworzy kilkadziesiąt jęzorów lodowców. Lodowe pola otoczone są szczytami Andów, stopniowo obniżającymi swoją wysokość w kierunku południowym.

Najwyższa kulminacja parku to romantyczny i pełen dramatyzmu wierzchołek Fitz Roy, zwany niekiedy amerykańskim Matterhornem, rozsławiony w filmie Herzoga, pt. „Krzyk kamienia”, a liczący sobie 3375 m n.p.m.

Bliskość bieguna południowego sprawia, że obniża się stopniowo granica wiecznych śniegów i lodów. Na Ziemi Ognistej wynosi ona już tylko około 1000 metrów. Łatwiej dzięki temu zrozumieć, dlaczego w nienajwyższch przecież górach południowej Patagonii tak wiele jest lodowców, z których kilka należy do największych na świecie. Zaliczyć można do tego towarzystwa lodowce Viedma i Uppsala. Największy jednak podziw budzi nieco mniejszy Perito Moreno, spływający z góry liczącej sobie 1600 metrów.. Jego osobliwością jest to, iż nie topi się wcale powoli, jak to w zwyczaju lodowców, ale corocznie się rozrasta. Więcej nawet, można wręcz mówić o zjawisku „cielenia się” lodowca, w postaci odrywania się potężnych kawałków od masy jęzora, z potężnym hukiem spadających do jeziora Lago Argentino. To niesamowite, fascynujące zjawisko powodują potoki zasilające zamkniętą lodową czapą część jeziora. Z upływem czasu ciśnienie mas wody na czterokilometrowe czoło lodowca staje się tak wielkie, że zwyczajnie rozsadza białą zaporę. Ponoć najefektowniej wygląda to na wiosnę, ale i argentyńską zimą robiło duże wrażenie..
W parku oprócz lodowców, które razem stanowią drugi taki zespół na półkuli południowej po Antarktydzie, żyją typowe dla Andów zwierzęta: kuzynki lam, coraz rzadsze wikunie, strusie nandu, jeleniowate, pumy, lisy, a na niebie pojawiają się czasem kondory. Niezależnie od tego miłośnicy wspinaczek i trekkingu znajdą cos dla siebie w rejonie Fitz Roy. Planując pobyt tam należy jednak pamiętać o znacznych odległościach. Z Calafate kiepskimi raczej drogami do osady Chalten, blisko już wspomnianego masywu, jest 220 kilometrów. Z kolei do Rio Gallegos, swoistego okna na świat południa argentyńskiej Patagonii, prawie 400.... Uff... Warto mimo wszystko, zwłaszcza, że wskutek kryzysowych zjawisk niemiłych Argentyńczykom, o których głośno w mediach, kraj ten relatywnie staniał, nawet i trzykrotnie...

Na tropach jezuickich misji nad Paraną
Być może czytelnicy przypominają sobie przepiękny, wzruszający, a zarazem widowiskowy film angielskiego reżysera Rolanda Joffe „Misja”, który w połowie lat 80-tych zdobył Oscara za najlepsze dzieło zagraniczne, niejednokrotnie od tej pory prezentowany w naszej telewizji. Dodatkowym jego atutem była niezapomniana ścieżka dźwiękowa kompozycji Ennio Morricone. Akcja filmu rozgrywała się w pejzażach pogranicza Paragwaju, Brazylii i Argentyny, w pobliżu gigantycznych wodospadów Iguacu, w dorzeczu Parany. Wyprawa w te strony pozwoli przyjrzeć się nie tylko cudom natury, ale i zwiedzić ślady jednego z większych eksperymentów społecznych w historii, który rozgrywał się tutaj w XVII i XVIII wieku. Było to przedsięwzięcie jezuitów, pragnących uchronić mieszkających tam Indian z plemienia Guarani przed nieludzkim wyzyskiem, wręcz niewolnictwem ze strony hiszpańskich czy portugalskich kolonizatorów. W 1610 r. ojcowie Simone Maceta i Jose Cataldino, za zgodą króla hiszpańskiego Filipa III, założyli swoje pierwsze misje, tzw. „redukcje” w dorzeczach Parany i Urugwaju. Z czasem rozrosły się one do sporych rozmiarów, tworząc na poły suwerenna organizację „państwa”, zwanego czasem Republiką Guaranów.

Jezuici stworzyli tam system podobny nieco do chrześcijańskiej wersji socjalizmu, gdzie własność ziemi i dóbr należała do całej wspólnoty. Administrację sprawowali zakonnicy i przeszkoleni przez nich Indianie. Każde z kilkudziesięciu osiedli zostało zbudowane według podobnego planu ze świątynią w centrum, magazynami, domem zakonnym, szkołą i budynkami mieszkalnymi. Dowodem, że raju i tam nie udało się zbudować, mogą być… więzienia wzniesione niegdyś przez zakonnych ojców.

Jezuicko-indiańskie państwo posiadało też i swoje siły zbrojne, odpierające kilkakrotnie z sukcesem zakusy chciwych Portugalczyków. W dobie Oświecenia zebrały się jednak nad jezuitami groźne polityczne chmury. Na dodatek ich guarańskie państewko stało się solą w oku chciwych hiszpańskich i portugalskich sąsiadów. Modna w owym czasie nagonka wymierzona w zakon i jego przedsięwzięcia, legła u podstaw wspólnej decyzji dwóch iberyjskich monarchów o likwidacji „redukcji” w 1750 r. Indianie i część ojców nie pogodziła się z tym, podejmując walkę. Opór stawiali w latach 1752-57. Część ocalałych przed zniewoleniem Indian uszła w dżunglę. O tych właśnie wypadkach opowiadał nagrodzony Oscarem film.
Co, poza historycznymi relacjami, pozostało po wielkim dziele jezuitów, zniszczonym, jak to często bywało, przez chciwość i złość ludzką? Najwięcej ruin po „redukcjach” zachowało się rejonie środkowego biegu Parany, na styku granic Paragwaju i Argentyny, której jedna z prowincji nieprzypadkowo nosi nazwę Misiones. Najbardziej imponującym świadectwem tego trwającego 150 lat eksperymentu, po argentyńskiej stronie granicy, są ruiny San Ignacio de Mini. Pomimo zniszczeń i nieubłaganego działania czasu, są one nieźle, momentami nawet świetnie zachowane, częściowo zrekonstruowane i oczyszczone z wszechobecnego w tym subtropikalnym klimacie, zielonego „piekła”. Wyróżnia się, co poniekąd oczywiste, fasada kościoła św. Ignacego, gdzie pod ołtarzem spoczywają prochy kilku ojców oraz potężne ściany spichrzów i domu zakonnego. Zwraca uwagę dosyć osobliwa pamiątka w postaci ruin aresztu, wcale nie tak małego...
Po stronie paragwajskiej z kolei najrozleglejszą z misji była „redukcja” Trinidad, przy okazji jedna z największych z istniejących i odkrytych. Imponuje ona pod każdym względem: rozmiarami swojego kościoła św. Trójcy, powierzchnią całej osady jak i głównego placu. Z wieży widać ruiny innej paragwajskie misji, Jesus.
W Argentynie, jak i Paragwaju, a nawet brazylijskiej prowincji Rio Grande del Sul znajduje się jeszcze kilkadziesiąt ruin jezuickich misji, niektóre w fatalnej kondycji, porośnięte dżunglą, niemal niewidoczne. Całość została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Z tych mniej okazałych proponowałbym zwrócić uwagę na pozostałości misji Santa Maria i Santa Anna (Argentyna). Stopniowo osłaniane, wskutek karczunku dżungli i prac archeologicznych, odsłaniają swoje tajemnice i roztaczają taki nieokreślony, dziewiczy niemal urok. Leżą na uboczu i nie ma tam tłumów turystów, stąd możliwy jest w nich indywidualny, intymny kontakt z przeszłością i przyrodą. Ciszę zakłócają z rzadka zwierzęta, nieliczni wędrowcy czy miejscowi. System korzeniowy wielkich tropikalnych drzew oplata mury ocalałych fragmentów, do niedawna jeszcze dusząc je i krusząc. Dzisiaj pozostawiono z nich tylko kilka, aby przypomnieć co zrobiły czas i natura z pamiątkami osobliwej idei i czynu, który miał uchronić przed zagładą indiański lud. Nie udało się to do końca, ale Guarani mimo wszystko przetrwali, a do ich dziedzictwa dzisiaj przyznają się rządy trzech niepodległych państw.

Naprawdę Wielka Woda...czyli raport z pogranicza
Na naszej poczciwej planecie nie brakuje imponujących i pięknych wodospadów. Wybór czołówki nie należy do łatwych, ale w tym akurat rankingu pierwsze miejsce jest pewnikiem, będąc zarezerwowane dla Cataractas (hiszp.), czy jak kto woli Saltos (port.) de Iguacu na granicy Argentyny i Brazylii.

Iguacu w języku Indian Guarani oznacza wielką wodę i chyba to określenie trafia w sedno sprawy. Olbrzymie masy wody spadają w piętrowych zazwyczaj kaskadach, sięgających 72 metrów, na szerokości mniej więcej 3 kilometrów, tworząc 275 pojedynczych katarakt, gdzie z każdą sekundą w dół przewala się 1750 metrów sześciennych spienionej toni...

Nie brakuje wodospadów wyższych, ale żaden z nich nie posiada takiej siły i potęgi, jak właśnie Iguacu. Angel w Wenezueli ma nawet i ponad 900 m. wysokości, ale jest wąską, jak jej tatrzańskie odpowiedniki, siklawą... Wiktoria Falls pomiędzy Zambią a Zimbabwe z kolei posiada prawie 120 metrów wysokości ale jest węższy, zaś Niagara sięga 60 m. i szerokość ma o połowę mniejszą niż Iguacu. Co prawda rzeka o tej samej jak wodospad nazwie, jak na standardy America del Sur nie należy do gigantów, ale warto wiedzieć, że jej długość sięga Renu (1320 km!), a jej ... 30 (!) dopływów dodaje jej mocy. Ma więc pewien sens lokalne porzekadło, że „wody potopu spadają bezpośrednio do wnętrza Ziemi”, w tym akurat miejscu.
Wśród sporej - jak już wiemy - grupki katarakt wyróżnia się szczególnie potężna Gargantua del Diablo, czyli Diabelska Gardziel, gdzie nurt rzeki spada z impetem z uskoku o kształcie sierpa czy może podkowy na głębokość 80 metrów. Ogromne masy wody z hukiem rozbijają się o dno, którego spod piany i mgły stworzonej przez parę nie sposób dojrzeć. Nieustannie nad tą czeluścią, w słońcu roztacza się tęcza....
Katarakty poprzerywane są licznymi wysepkami o skalnym podłożu, pokrytymi bujną tropikalna roślinnością. Większość jest niewielka, ale jedna z nich, San Martin, to w porównaniu z resztą istny gigant, nadający się do spacerów i kontaktu twarzą w twarz z wodospadem i podziwiania jego potęgi. Można się tam przedostać specjalnym promem, zabierającym na pokład maksimum 20 osób. W sezonie ustawia się do niego zazwyczaj długa kolejka. Nie brakuje chętnych też na tzw. Aventura Nautica, która polega na podjeździe specjalną motorówką pod katarakty, co dostarcza niesamowitych przeżyć, podwyższając zarówno poziom adrenaliny jak i testosteronu, zaspokajając potrzebę kontrolowanego ryzyka, poprzez surrealistyczny prysznic pod wodospadem. Lepiej przedtem rozebrać się do bielizny, bo i tak sucho się z tego nie wyjdzie...
Jak się można domyśleć, obszary wokół wodospadu stały się częścią parków narodowych obydwu państw. Co prawda tylko ćwiartka powierzchni katarakt należy do Brazylii, ale odwrotnie niemal wygląda sytuacja w przypadku samych parków. Nieustanna wilgoć i średnia temperatura 20º C, rozwinęły tu bardzo zróżnicowane formy życia. Nie licząc oceanu bujnej, soczystej zieleni, nad głową zwiedzającego nieraz przeleci tukan ze złocistym dziobem, czy kolorowe, zazwyczaj głośno wrzeszczące papugi. Raz po raz napotkamy tu maleńkie latające klejnoty w postaci motyli, a jeśli szczęście i wzrok dopiszą, wypatrzymy i kolibra. Z dala od wydeptanych – zazwyczaj betonowych - ścieżek i pomostów natknąć się można na kapibarę, ostronosa, któreś z jeleniowatych, pekari, a już wyjątkowo rzadko na unikającego raczej człowieka jaguara. Więcej przedstawicieli tutejszej fauny spotkać można na długiej spacerowej, a zarazem naukowej ścieżce, z dala od głównych szlaków i katarakt, zwanej Serendero Macuco (dosłownie „pięknej ścieżce”), po argentyńskiej stronie. Zdarza się tam natrafić na większe ssaki, a nawet jaguara, co może czasem oznaczać ryzyko. Nieuważni rodzice stracili w ten sposób kilka lat temu 4-letniego synka, pozwalając mu biegać bez jakiejkolwiek kontroli. Tragedia, ale spowodowana ludzką nieodpowiedzialnością. Spacer ścieżką pozwala lepiej przyjrzeć się życiu dżungli, a nagrodą będzie kąpiel pod zagubioną kataraktą, która stworzyła coś na kształt naturalnego basenu. Mało kto tam dociera i nie należy się dziwić, że kąpiący się raczej nie krepują się pływać, jak ich Pan Bóg stworzył.

Pociągiem do nieba ?!
Na północy Argentyny, w okolicach położonego w andyjskiej dolinie miasta Salta, znajduje się nietypowa atrakcja. Przed niespełna stu laty poprowadzona stąd została w wysokie partie gór, ku chilijskiej granicy, linia kolejowa. Miała ona pomóc w eksploatacji surowców mineralnych: żelaza, miedzi czy innych, już rzadszych metali. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż dociera ona na wysokość powyżej czterech tysięcy metrów. Złoża zostały już niemal wyeksploatowane, ale w weekendy podczas argentyńskiej wiosny i lata wyruszają na najwyższy punkt – około 4100 metrów n. p. m - składy pasażerskie o charakterze komercyjnym. Turystyczne pociągi zostały dumnie nazwane: tren de las nubes, czyli „pociąg do chmur”. Nie jest to co prawda najwyższa kolej świata, bo takowe są w Peru i od niedawna w Chinach, ale dla tych, którzy nie doświadczyli takich wysokości stanowi ona nie lada frajdę, nawet jeśli nieco na wyrost i patetycznie ją ochrzczono.

Jak dotrzeć?
Do Argentyny dociera większość liczących się linii lotniczych, co też wpływa na względną dostępność cenową lotów. Można znaleźć względnie niedrogie oferty, choć trzeba się trochę pomęczyć: bardzo korzystny jest bilet powrotny za około 3500 zł. W rozległym kraju funkcjonuje kilka linii lotniczych i jest tam niezła siatka wewnętrznych połączeń, m.in. do Rio Gallegos – a w sezonie do samego Calafate, Pousadas czy Puerto Ignacu (odległe o 220 km). Uzupełnieniem są dalekobieżne i wygodne autobusy z rozkładanymi siedzeniami lub fotelami lotniczymi. Przelot z Buenos do Gallegos to wydatek rzędu 250 $. Na południe jedzie się mniej więcej trzy doby, zaś do Misiones cały dzień. Kosztuje to równowartość od 30 do 70 USD. Warto pamiętać, że jeszcze z Rio Gallegos należy jechać 5-6 godzin do Calafate. To kosztuje równowartość 7-8 $. Komunikacja publiczna dociera do większości dawnych „redukcji”, ale dla większej operatywności warto pomyśleć o wynajęciu samochodu z szoferem.
Do parku Perito Moreno docieramy najczęściej busikiem w ramach zorganizowanej wycieczki z Calafate, albo wynajętym tam czy w Rio Gallegos autem. Nie ma tu publicznego transportu! Wstęp kosztuje mniej więcej 3,5-4 $.
Do Paragwaju można się z łatwością przemieścić autobusem z Pousadas, ponieważ przez Paranę przerzucony jest most, płyną tez i promy, gdzie od „duszy” płaci się około 1 $.

Nocowanie i wyżywienie.
Jest na każdą kieszeń. Nas chyba będzie interesować ta nieco niższa „półka”. W Buenos Aires nie brak oficjalnych, jak też prywatnych hoteli (schronisk), dobrze położonych w centrum miasta bądź w atrakcyjnej Recolecie. Noc w hostelu kosztuje od 7 do 20 $ od osoby ze skromnym śniadaniem. Ja spałem w położonym niedaleko Plaza de Mayo hostelu „Milhuse” z uroczym wewnętrznym patio. Obok grupowych dormitoriów są tam i dwójki.
W Calafate znajdziemy bazę noclegową dosłownie na każdą kieszeń. Nie brak hosteli, hospedajes (pensjonatów), hoteli a nawet domków typu fińskiego. W takim też kompleksie- Santa Monica -­ mieszkałem płacąc 100 peso za domek, a mieszkać tam mogłoby i 4 ludzi. W cenę zazwyczaj wliczone jest skromne śniadanie.
Zarówno w Posada (np. „Misiones”, „Neumann”, „Petit”) jak i Puerto Iguacu nie brakuje hotelików i pensjonatów. Nawet w San Ignacio można je również znaleźć: „Los Salpeterer”, „El Descanso” czy ciut droższy „San Ignacio”. Żywność, zarówno w Argentynie jak i Paragwaju jest niedroga, a wina są wprost wspaniałe. Po paragwajskiej stronie bazą wypadową może być miasto Encarnacion, położone naprzeciwko Posadas. Ceny są tu na ogół niższe niż w Argentynie. Z pensjonatów czy hoteli wymienić można np. „Karina”(warunki raczej spartańskie) „Toque”, „Itapua”.
W przypadku Ignacu taniej jest przenocować po argentyńskiej stronie, choć jeszcze niedawno było odwrotnie. Ceny hoteli zbliżyły się tam do poziomu hosteli i schronisk młodzieżowych. Taki np. „Saint George” kosztuje 20$ od osoby w wielkim pokoju z łazienką, TV i śniadaniem. Położony jest też świetnie: w pobliżu autobusowego dworca, skąd tanio możemy dojechać do bramy parku.
Po brazylijskiej stronie niezła alternatywą w stosunku do hosteli i typowych hoteli w mieście Foz (delikatnie mówiąc przeciętnym, niezbyt ciekawym) może być położony obok lotniska hotel „Florenca” prowadzony przez sympatycznego Niemca, kosztujący 17 $ za pokój dwuosobowy.

Pieniądze
Są nimi peso; 1 $ = ok. 3,8 ARP zaś 1 zł = 1,34 ARP, 1 Euro = 5,22 ARP
W Paragwaju natomiast narodową walutą jest - nomen omen - guarani (PG). 1 $ = 2 520 PG, czyli 1 zł = circa 650 PG

Wizy
Do Argentyny i krajów sąsiednich nie potrzebujemy wiz. W Ameryce Łacińskiej musimy jechać z wizą tylko do Gujany i Kolumbii.
 

 

Nasi Partnerzy

 

Copyright ©  Turystyka Kulturowa 2008-2018


Ta strona internetowa używa pliki cookies w celu dostosowania serwisu do potrzeb użytkowników i w celach statystycznych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Brak zmiany tych ustawień oznacza akceptację dla cookies stosowanych przez nasz serwis.
Zamknij